„Nie odkryjesz nowych lądów, dopóki nie odważysz się stracić brzegu z oczu.”

Ogłoszenia

Sponsorzy 2018

gmina i powiat.jpg
powiatnisko.jpg
unimark.jpg
zbimar_logo.jpg

JKN na Facebooku

Pogoda w Nisku

http://www.swiatpogody.pl

JKN na Instagram

Szanty

Jacht Klub Nisko Foto-relacje Rejsy Chorwacja / Kornaty - lipiec 2011

„Nasz pierwszy raz” w Chorwacji

(relacja z rejsu w Kornaty – lipiec 2011)

Załoga biorąca udział w rejsie składała się z czterech par: Artura z Martą, Janka z Beatą, Wiktora z Beatą, Piotrka z Anią oraz skippera Staszka – komandora Jacht Klubu Nisko.  W piątkowy wieczór zapakowaliśmy się jakimś cudem razem z naszymi pokaźnymi bagażami w dwa samochody i ruszyliśmy przez Słowację i Węgry do Chorwacji.  Jechaliśmy całą noc, więc lekko nie było - zwłaszcza kierowcom, ale droga mijała dość szybko. Jedynie w Chorwacji trochę nas wstrzymały korki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na trasie Nisko-Biograd

 

sobota 16.07.2011

Do Biogradu przybyliśmy wczesnym popołudniem i wkrótce dostaliśmy w posiadanie Bavarię 46 z 2007 roku o nazwie „Lebic”. Kojarzyło nam się to z łabędziem, ale okazało się później, że to nazwa chorwackiego wiatru. Zaokrętowaliśmy się dość sprawnie, a potem przeprowadziliśmy losowanie kajut ze względu na ich różne rozmiary. Najciaśniejszą dostała para, która najbardziej lubi się przytulać, więc wyszło sprawiedliwie.  Oczywiście nie obyło się bez instruktażu obsługi morskiego WC, bo to zdecydowanie najbardziej skomplikowane urządzenie na jachcie. Wieczór przeznaczyliśmy na odpoczynek po dość męczącej drodze.  Do późnej nocy sprawdzaliśmy, czy podczas drogi nie nadpsuła się przywieziona z Polski oranżada Artura i inne napoje żeglarskie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bavaria 46 "Lebic"

 

niedziela 17.07.2011

­­­­­­­­­­­­­­­­Rano,  po szczęśliwym wypłynięciu z ciasnej mariny nasz skipper Staszek, zgodnie z obowiązującymi w tym zakresie procedurami żeglarskimi, zarządził wzniesienie toastu ku czci Neptuna. Załoga ochoczo wykonała zalecenie, niektórzy nawet z pewną nawiązką, aby toast na pewno dotarł do Neptuna. Ponieważ wiało w niewłaściwą stronę, ruszyliśmy na silniku miedzy Kornaty. Opłynęliśmy od południa wyspę Pasman i skierowaliśmy się na północny-zachód na wyspę Iż. Tu zakotwiczyliśmy w przepięknej zatoczce i mogliśmy zanurzyć się w lazurowych wodach Adriatyku.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pierwsza kąpiel w Adriatyku

 

Niespodziewanie trafili nam się bardzo mili goście czyli trzyosobowa ekipa z Chrześcijańskiej Szkoły Pod Żaglami, która na tej wyspie ma swoją bazę. Szczególnie urzekł nas Andrzej (znajomy Staszka), który po przekupieniu konserwą gulaszu angielskiego zaczął snuć tak zabawne „morskie” opowieści, że wkrótce rozbolały nas brzuchy ze śmiechu. A że na dolegliwości żołądkowe pomaga kieliszek czegoś mocniejszego, troszkę się w ten sposób podkurowaliśmy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nasi goście z wyspy Iż

 

Po pożegnaniu gości i po trzeźwiącej morskiej kąpieli, ruszyliśmy w dalszą drogę – na południowy wschód. Słońce świeciło intensywnie , jak to w Chorwacji , więc płeć piękniejsza odziana w kostiumy kąpielowe ozdabiała przedni pokład jachtu, a płeć silniejsza skupiła się pod bimini (bo od słońca to głowa boli).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Płeć piękna na "Lebicu"

 

Wkrótce przecisnęliśmy się przez wąski przesmyk Mala Proversa, między wyspami Dugi Otok i Kornat i skierowaliśmy się do wyspy Mana.  Jak wynikało z przewodnika, atrakcją tej wyspy są ruiny , które wybudowano jako dekoracje do słynnego filmu, kręconego tutaj w latach 60-tych pt. „Szalejące morze” . Gdy przeczytaliśmy ten tytuł, spojrzeliśmy po sobie i stało się jasne,  że kinematografia światowa kryje przed nami jeszcze dużo tajemnic. Gdy przyszło podjąć decyzję , kto popłynie na brzeg, aby móc z bliska oglądnąć te tajemnicze ruiny, szybko doszliśmy do wniosku, że „stąd też dobrze widać”. Zrobiliśmy więc parę fotek i popłynęliśmy dalej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ruiny na wyspie Mana

 

Wkrótce dotarliśmy do zatoki Modri Bok na wyspie Kornat, gdzie zakotwiczyliśmy na noc.  Oczywiście znowu wszyscy popływaliśmy wokół jachtu, w tym Pamela, dziesiąty członek naszej załogi - czyli bojka ratownicza SP 0154 w pięknym pomarańczowym kolorze. Zresztą ona pływała najlepiej. Wieczorem przy uzupełnianiu poziomu płynów w organizmie  uświadomiliśmy sobie, że dla wielu z nas będzie to rejs pionierski: pierwszy raz na morzu, pierwsza noc na jachcie, pierwsze potyczki z morskim WC, pierwszy raz za kołem sterowym, pierwsza kąpiel w Adriatyku,  a tych pierwszych razów zapowiadało się sporo.

poniedziałek 18.07.2011

Poniedziałkowy poranek zaczęliśmy od sprawdzenia prognoz pogody, bo mieliśmy bardzo ambitny plan dopłynięcia do wysp Vis i Bisevo.  Niestety, zapowiadany był bardzo silny wiatr, co ze względu na rekreacyjny charakter naszego rejsu, skłoniło nas do zmiany planów. Skierowaliśmy się na południowy wschód i popłynęliśmy między wyspy Kakan i Zirje.  Mniej doświadczona część załogi wykorzystywała ten czas na zgłębianie żeglarskiej wiedzy gnębiąc skippera różnymi dziwacznymi pytaniami, na co Staszek starał się odpowiadać, kończąc  niezmiennie i słusznie: „To nie są proste sprawy”.   Wkrótce obraliśmy kurs na kanał Szybenik-Skradin.  Nic nie zapowiadało większych emocji, mieliśmy jedynie przepłynąć pod dwoma mostami. Gdy zaczęliśmy się zbliżać do pierwszego, Staszek umiejętnie podniósł napięcie  i zaczął się głośno zastanawiać, ile wysokości ma maszt naszego jachtu (prześwit mostu znaliśmy - 27 m). Wyobraźnia zadziałała i im bliżej był most, tym bardziej rosło nasze przekonanie, że o niego zawadzimy.  Żeńska część załogi przygotowywała posiłek pod pokładem  i była nieświadoma grozy sytuacji,  za to mężczyźni dzielnie wzięli na siebie stres zbliżającego się niebezpieczeństwa. Na pokładzie zapadła cisza, wszyscy zadarli głowy do góry, słychać było łykanie śliny w zaschniętych gardłach, dłonie kurczowo zaciskały się na trzymanych w rękach kubkach i kanapkach, niektórzy zerkali na boki zastanawiając się, w którą stronę uciekać przed łamiącym się masztem. Wreszcie top masztu zaczął przesuwać się pod mostem i to z dużym zapasem. Powietrze uszło z płuc, dygocące ręce i nogi uspokoiły się,  dłonie oczyszczono ze zgniecionych kanapek, kubki z kawą poszły precz i odpowiedniejszym napojem wzniesiono toast „za szczęśliwe przejście pod mostem”.  Niestety,  kobiety nie doceniły naszego heroizmu i dość zdziwione wsłuchiwały się potem w pełne emocji relacje z dramatycznego przeżycia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Most koło Szybenika

 

Po „sforsowaniu” mostu, wejście do mariny Skradin to już był pikuś, aczkolwiek nie obyło się bez „pierwszego razu”, czyli pierwszego cumowania na muringach.  Muring, jak wiadomo, trzeba wyłowić z wody za pomocą bosaka, co osobie nie wprawionej może sprawić pewien problem. Na szczęście w naszych żyłach płynie krew husarzy spod Grunwaldu i szwoleżerów spod Somosierry, więc nikogo nie zdziwił widok Piotrka skutecznie atakującego muring wzniesionym do góry bosakiem. Nasze brawurowe podejście do kei  zostało na szczęście uwiecznione przez chorwackiego fotografa, który z wrażenia podarował nam to zdjęcie gratis.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Brawurowe wejście do Skradinu

 

Popołudnie przeznaczyliśmy na zwiedzenie parku narodowego rzeki Krka. Najpierw przepłynęliśmy kilka kilometrów statkiem wycieczkowym po tej rzece , a potem przeszliśmy w tłumie innych turystów wyznaczoną trasą oglądając malownicze wodospady z każdej strony. Widoki rzeczywiście były niesamowite, jednak upalna pogoda i tłum ludzi nieco nas zmęczyły i z ulgą wróciliśmy na jacht. Trzech z nas poszło do biura mariny zapłacić za postój. Nasze sportowe sylwetki  i owiane morskimi wiatrami męskie twarze musiały zrobić duże wrażenie na pracującej tam dziewczynie, bo obliczając opłatę portową przez pomyłkę wpisała do dokumentów mniejszą długość jachtu. Zaoszczędziliśmy w ten sposób nieco euro i  był to jeden z tych nielicznych przypadków, gdy mężczyzna jest zadowolony, jak kobieta zaniży mu długość.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wodospady na rzece Krka

 

Wieczór postanowiliśmy spędzić w jakiejś knajpce i zakosztować chorwackich specjałów. Skradin zawiódł nas trochę pod tym względem, a może pora była zbyt późna, bo trudno nam było znaleźć odpowiedni lokal. Naszą wałęsającą się grupkę zaczepił w końcu lekko wstawiony kelner ( jak się potem przedstawił -  Mirek) z pobliskiej restauracji i zaczął usilnie i dość pociesznie namawiać nas do złożenia zamówienia.  Zdecydowaliśmy się w końcu wypić po dużym piwie, ale nie zdawaliśmy sobie sprawy, że dostaniemy po OGROMNIASTYM piwie, w kuflach , które zrobiłyby wrażenie nawet na  niemieckich kelnerkach na Oktoberfest. Zaczęliśmy nierówną walkę z taką ilością piwa, zaś kelner Mirek przysiadł się do nas i zaczął zabawiać monologiem w kilku językach a także namawiać do powiększenia zamówienia.  Szczególnie w oko wpadła mu Marta, której nawet zaproponował pracę w charakterze barmanki.  W ramach zacieśniania przyjaźni polsko-chorwackiej zdecydowaliśmy się powiększyć zamówienie o gotowane mule. Były to oczywiście pierwsze zjedzone przez nas chorwackie mule i jak się okazało, najlepsze na tym rejsie (innych już nie próbowaliśmy).  Niełatwo było się wyrwać z restauracji Mirka, ale w końcu się udało i z brzuchami pełnymi piwa i muli poszliśmy spać na jacht.

wtorek 19.07.2011

Rano zauważyliśmy, że zapowiadane na wczorajszy dzień silne wiatry właściwie się nie pojawiły. Sprawdzenie prognozy pogody wyjaśniło sytuację. Wiatry, owszem, miały nadejść, tylko prawie dobę później- czyli właśnie we wtorek. Ponownie zrezygnowaliśmy więc z ataku na Vis i Bisevo i postanowiliśmy poszukać jakiejś cichej zatoczki. Już bez emocji przepłynęliśmy pod mostami , ale przed wypłynięciem na morze postanowiliśmy jeszcze zwiedzić zabytkowy Szybenik. Podejście do nabrzeża wyglądało na łatwe, było dużo miejsca między jachtami, więc po obsadzeniu stanowisk przez lewego cumowniczego  Artura , prawego cumowniczego Janka oraz muringowego Piotrka powoli zbliżaliśmy się rufą do brzegu.  Wtedy wydarzyło się coś dziwnego –  człowiek z obsługi portowej podniósł zbyt wcześnie linkę naciągającą muring, który w ten sposób wkręcił nam się w śrubę. Gdy już zacumowaliśmy jacht, próbowaliśmy wyjaśnić sytuację z obsługą, która jednak  nie potrafiła znaleźć rozwiązania sytuacji i co gorsza, nie poczuwała się do winy. Co było robić – Staszek i Piotrek podjęli kilka heroicznych prób nurkowania pod jacht w celu oswobodzenia śruby z muringa. Po bliższym kontakcie z oślizgłym dnem naszego jachtu i paru łykach orzeźwiającej portowej wody zdaliśmy się jednak na pomoc specjalistów i poprosiliśmy obsługę portu o wezwanie płetwonurka.

Miał się on zjawić za pół godziny, więc żeńska część załogi przeznaczyła ten czas na zwiedzanie miasta Szybenik, a męska na sprawdzenie zawartości półek z alkoholem w pobliskim sklepie.  Obie części wróciły zadowolone, a po chwili pojawił się nurek z profesjonalnym sprzętem do oswobadzania śruby z muringów, czyli z kombinerkami i dużym śrubokrętem.  Skoczył do wody bardzo fachowo, a po około 3 minutach się wynurzył i powiedział, że śruba jest już wolna i nie mamy żadnych uszkodzeń. Usługę wycenił na 50 euro. Negocjacje nic nie pomogły, nurek dostał więc swoją dolę, a my opuściliśmy szybko niegościnną marinę, nie płacąc przynajmniej za postój.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nurek gotów do zanurzenia

 

Zdecydowaliśmy się wpłynąć między wyspy Kaprije i Kakan i na tej drugiej znaleźliśmy sympatycznie wyglądającą zatoczkę z bojami. Pamiętając o prognozach przymocowaliśmy się do boji solidnie - dwiema cumami, stosując przy tej czynności nowatorską metodę „holowanego pontonu”, złośliwie przez niektórych określoną metodą „pieska na smyczy”.

Wiatru nadal nie było, więc po obiadowym daniu nazwanym „żaglówki na falach” oddaliśmy się błogiemu lenistwu, morskim kąpielom i degustacjom żeglarskich trunków.  Z marazmu wyrwała nas wizyta Chorwatów na motorówce, którzy skasowali niemałą opłatę za cumowanie na boji, w zamian zabierając worek ze śmieciami i życzliwie informując o możliwości przecumowania na inną boję , lepiej osłoniętą od wiatru, który miał wkrótce nadejść. Skorzystaliśmy z tej możliwości i zmieniliśmy miejsce postoju. Tu ponownie zażywaliśmy kąpieli, a główną atrakcją stały się skoki Wiktora z dziobu jachtu do wody, co sprowokowało również innych śmiałków do podobnych czynów. Nagłośnienie jachtu wykorzystaliśmy m.in. do wysłuchania płyty z koncertem Bocelliego, czym chyba zadziwiliśmy załogę cumującego w pobliżu katamaranu. W nocy wiatr rzeczywiście dość mocno zawiał, ale i cumy i boja wytrzymały, więc rano obudziliśmy się w tym samym miejscu, w którym zasypialiśmy wieczorem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Obiad "żaglówki na falach"

 

środa 20.07.2011

Tego ranka mieliśmy bardziej bojowe nastroje i mimo rozkołysanego morza, zdecydowaliśmy się płynąć na południowy wschód. Wkrótce wypłynęliśmy na otwarte morze i skierowaliśmy się wzdłuż wybrzeża w kierunku Trogiru.  Zaczęło nas przyjemnie kołysać, wiatr przybierał na sile i na samej genui płynęło się całkiem szybko.  Dobre samopoczucie części załogi zostało jednak wkrótce zakłócone przez coraz większe fale.  Poza trzema uodpornionymi na kołysanie wilkami morskimi - Staszkiem, Jankiem i Arturem, reszta załogantów dziwnie ucichła, ale trudno rozmawiać, gdy zaciska się mocno szczęki chcąc opanować  fizjologiczne odruchy. Otuchy nie dodawał fakt, że poza naszą Bavarią widzieliśmy w pobliżu jeszcze tylko jeden płynący jacht. Reszta „wakacyjnych żeglarzy” prawdopodobnie wolała biesiadę w cichym porcie lub zatoczce, niż walkę z zaburzeniami błędnika. Według niezależnych i całkowicie obiektywnych źródeł wiatr osiągał w tym dniu siłę do 8 st. w skali Beauforta, więc i fale były słusznej wielkości (zwłaszcza co dziewiąta). Każdy z nas z objawami choroby morskiej radził sobie jak umiał - jedni przeżuwali miętusy, inni próbowali drzemać, jeszcze inni nawet śpiewali.  Najmniej skutecznym sposobem okazało się śpiewanie – zakończyło się złożeniem daniny Neptunowi (może repertuar był niewłaściwy). Kołysało nas i kołysało, a Staszek na pociechę stwierdził , że mamy prawdziwe szczęście, że o tej porze roku trafiła się nam taka żeglarska pogoda. To „szczęście” jakoś nas nie cieszyło i z ulgą po kilku godzinach nierównej walki wpłynęliśmy w kanał między lądem a wyspami Mali i Veli Drvenik, gdzie fala się spłaszczyła i wydłużyła, a nasze żołądki uspokoiły.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Między wyspa Kakan a Trogirem

 

Wkrótce wpłynęliśmy do nowo wybudowanej mariny Seget, gdzie mimo silnego bocznego wiatru zacumowaliśmy nie demolując sąsiednich jachtów przy pomocy tym razem bardzo profesjonalnej obsługi.  Wieczorem wybraliśmy się na zwiedzanie zabytkowego Trogiru. To urokliwe miasteczko, w którym warto przejść się wąskimi uliczkami starówki, czy nadbrzeżną aleją obsadzoną palmami. Podobno duże wrażenie robi widok z wieży monumentalnego fortu Kamerlengo, ale po informacji o ilości schodów oglądnęliśmy ją tylko od dołu. Zresztą dla części z nas największą atrakcją Trogiru było to, że leży na stałym lądzie i podłoże pod nogami się nie kołysze. Po zakupie pamiątek (jedyna możliwość  na tym rejsie) i degustacji miejscowego piwa wróciliśmy na jacht.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Trogir

 

czwartek 21.07.2011

W czwartek należało już myśleć o powrocie w pobliże Biogradu, więc po opuszczeniu mariny skierowaliśmy się na północny zachód, mniej więcej wczorajszą trasą. Morze było już dużo spokojniejsze, więc i atmosfera na jachcie radośniejsza. Po kilku godzinach przepłynęliśmy między wyspami Zmajan i Kaprije i dotarliśmy do wyspy Murter.

Na nocleg wybraliśmy zatokę Kosirina, z położonym na brzegu malowniczym campingiem,  który jednym przypominał brazylijskie favele, a innym cygańskie obozowisko. Niestety, miejsca na bojach były zajęte, więc stanęliśmy na kotwicy. W pobliżu dojrzeliśmy m.in. niewielki jacht motorowy z polską banderą, na którym całkiem atrakcyjna dziewczyna opalała się topless. Podobne „stroje” nosiła część kobiet na campingu, niestety, były mniej młode i atrakcyjne. Większość załogi postanowiła zanurzyć się w wodzie, jedynie Staszek z Jankiem wypłynęli pontonem w kierunku brzegu, zapewne w poszukiwaniu „wakacyjnych przygód”, co pokarało ich niespodziewaną awarią silnika. Do brzegu dotarli więc już na pagajach, ale na wszelki wypadek asekurowali ich wpław Marta z Piotrkiem.  Po dość długim czasie poszukiwacze przygód wrócili z informacją o możliwości zakupu różnych butelkowanych produktów regionalnych od gospodyni z taczkami pełnymi tych specjałów. Natychmiast sformowana trzyosobowa ekipa z portfelami ruszyła pontonem na poszukiwania owej gospodyni. Wprawdzie udało się ją odnaleźć, ale z praktycznie pustymi taczkami. Jednak rozpacz w oczach Janka, Artura i Piotrka była tak wielka, że sympatyczna babinka obiecała zjawić się na przystani następnego dnia rano, nie tyle z taczkami, co z całym samochodem pełnym jej domowych produktów. Nasza ekipa obiecała stawienie się w umówionym miejscu i rozpoczęła powrót na jacht. Wiosłowali po ciemku, w ciszy, gdy zaskoczyło ich pytanie z jachtu, obok którego przepływali: „Senioritas?”. Po odpowiedzi udzielonej grubym głosem: „Menas”  nie padły jednak dalsze propozycje.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Powrót z campingu

 

Tymczasem zaczął wzmagać się wiatr, więc Staszek podjął decyzję o ustaleniu nocnych wacht kotwicznych dla męskiej części załogi. Odbyło się losowanie kolejności i tuż po tradycyjnej wieczornej biesiadzie pierwszą wachtę rozpoczął Artur, do którego na ochotnika dołączyła Marta. Reszta załogi uspokojona poszła spać. Niedługo nam przyszło rozkoszować się snem, bo rozległ się dźwięk uruchamianego diesla, a wkrótce potem windy kotwicznej. Wiadomo już było, że ta noc nie będzie nudna. I rzeczywiście, okazało się, że wzmagający się wiatr spowodował dryf naszego jachtu na inny zacumowany w pobliżu. Pozostało nam więc podnieść haka i spróbować szczęścia w innym miejscu. Łatwo powiedzieć, gorzej zrobić. Noc była ciemna, zatoka niezbyt obszerna, zakotwiczonych w różnych miejscach jachtów całkiem sporo, a do tego nie wszystkie były oświetlone. Rozpoczęliśmy więc w świetle latarek nocne manewry zatokowe na silniku, co dało nam trochę satysfakcji, bo wkrótce nie tylko my nie spaliśmy, ale właściciele sąsiednich jachtów również. Nawet nam to pomogło, gdyż przestraszeni zaczęli włączać swoje światła masztowe i świecić latarkami próbując zrozumieć o co chodzi. A my dla zwiększenia efektu hałasowaliśmy jeszcze windą kotwiczną próbując zakotwiczyć w kilku miejscach. W końcu się udało i hak chwycił, ale niektórym trudno było już potem zasnąć.

piątek 22.07.2011

Pierwszym akcentem piątkowego poranka było przybycie gospodyni, która o umówionej godzinie machała do nas z brzegu. Szybka przejażdżka pontonem i każdy mógł zaopatrzyć się w travaricę, rakiję i inne ciekawe miejscowe wynalazki. Gdy po śniadaniu zaczęliśmy przygotowania do wypłynięcia, nagle usłyszeliśmy dość rozpaczliwe okrzyki: „Help, help!”. W pobliżu dojrzeliśmy dryfującą motorówkę, na której zauważona wczoraj Polka w stroju topless machała swoim biustonoszem wzywając pomocy. Wiatr był ciągle mocny , więc łódź dryfowała całkiem szybko, zbliżając się do skalistego brzegu zatoki. Silnik naszego pontonu był nadal niesprawny, więc z zazdrością patrzyliśmy, jak ze wszystkich sąsiednich jachtów ruszyła w stronę owej Polki kawalkada dzielnych mężczyzn, chcących pomóc słabej kobiecie. Już po chwili utworzył się konwój - część pontonów holowała motorówkę, a część próbowała pchać. Jednym słowem bohaterce zamieszania nie groził już dryf na brzeg, raczej powinna się martwić o sposób zrewanżowania się swoim wybawcom. A my odnotowawszy w pamięci bardzo nowatorski i skuteczny sposób wzywania pomocy podnieśliśmy kotwicę i ruszyliśmy w stronę macierzystej mariny naszego „Lebica”.

Czasu do wieczora było jeszcze sporo, więc po drodze podpłynęliśmy pod wyspę Vrgada, gdzie spędziliśmy kilka godzin na pływaniu wpław i opalaniu się. Tego dnia zadziwiła nas Marta, która przed pływaniem zapobiegawczo neutralizowała słony smak morskiej wody  dużym łykiem chorwackiego wina.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Łyk wina przed zanurzeniem

 

Wieczorem, po przebyciu w czasie całego rejsu ponad 200 Mm, dotarliśmy do Biogradu, zatankowaliśmy zbiorniki z paliwem i ostatecznie „zaparkowaliśmy” w marinie. Pozostało nam już tylko pakowanie bagaży i sprawdzenie jachtu przez obsługę (nie było żadnych uwag) oraz pożegnalny wieczorek.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pożegnalny wieczorek

 

sobota 23.01.2011

Sobota przywitała nas opadami silnego deszczu – podobno był to pierwszy deszcz w Biogradzie od półtora miesiąca. Wprawdzie ta pogoda utrudniła nam „wyokrętowanie” i przenoszenie bagaży do samochodów, ale z drugiej strony zostawiając w tyle ciężkie chmury łatwiej było pogodzić się z myślą, że to już koniec rejsu i czas opuścić Chorwację.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Prawie cała załoga (bez Artura)

 

(subiektywną relację z rejsu spisał muringowy Piotrek)

 

"Get the Flash Player" "to see this gallery."