„Nie odkryjesz nowych lądów, dopóki nie odważysz się stracić brzegu z oczu.”

Ogłoszenia

Sponsorzy 2018

gmina i powiat.jpg
powiatnisko.jpg
bakeplus.jpg
bramy elektronik.jpg

JKN na Facebooku

Pogoda w Nisku

http://www.swiatpogody.pl

JKN na Instagram

Szanty

Jacht Klub Nisko Foto-relacje Rejsy Chorwacja - lipiec 2012

Rejs na Chorwacji Split-Dubrownik-Split  30.06 - 06.07.2012

Sobota 30.06.2012

W tym roku w chorwackim rejsie uczestniczy kilkanaście osób (większość związana jest z naszym Jacht Klubem), więc do Splitu docieramy w różnych porach aż sześcioma samochodami. Z nieba bije żar, więc najchętniej od razu wypłynęlibyśmy z zatłoczonej i rozgrzanej mariny i skoczyli do wody w jakiejś zacisznej zatoczce.

Marina Split

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Marina Split

 

 

Niestety, procedury przekazywania jachtów i załatwianie formalności trwają kilka godzin, musimy też uzupełnić zakupy o owoce, warzywa, wodę pitną i kilka puszek piwa :)

W końcu odbieramy Salonę 40 o nazwie „Luci” pod wodzą komandora Staszka, Sun Oddysey 37 o nazwie „Taurus” ze skipperem Leszkiem oraz Bavarię 37„Elica I” ze skipperem Waldkiem. Dwaj ostatni debiutują w swoich rolach, więc od początku z zaciekawieniem obserwujemy ich poczynania w marinach i na wodzie.

Nasza „Luci” okazuje się wersją regatową „Salony” co skutkuje m.in. znacznie zmniejszoną pojemnością zbiorników wody i paliwa. No cóż, będziemy musieli oszczędzać wodę i zaopatrzyć się w zapasowe kanistry z olejem napędowym. Po długiej podróży samochodami i praktycznie nieprzespanej nocy decydujemy się spokojnie odpocząć i wyruszyć dopiero następnego dnia rano.

Niedziela 01.07.2012

Wstajemy około szóstej rano, tankujemy wodę, wciągamy bandery klubowe, jemy śniadanie i około 8.30 wyruszamy ze Splitu. Za nami płyną jachty Leszka i Waldka. Niestety, zapowiada się etap silnikowy, bo wiatru praktycznie nie ma. Po tradycyjnym toaście na cześć Neptuna smarujemy się kremami przeciwsłonecznymi i ozdabiamy pokład swoimi ciałami. Nasz jacht praktycznie nie ma bimini, możemy jedynie rozwiesić dziwaczne płachty miedzy bomem a burtami, przez co nasz jacht wygląda może niezbyt europejsko, ale przynajmniej mamy trochę cienia na pokładzie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wypływamy ze Splitu

 

Kierujemy się od razu na południowy wschód w kierunku Dubrownika - głównego celu naszego rejsu. W południe jesteśmy już tak nagrzani, ze decydujemy się zatrzymać w zatoczce i popływać w chłodnej wodzie. Kotwiczymy więc trzema jachtami blisko siebie i od razu zanurzamy się w Adriatyku. W pewnej chwili męska część ekipy zostaje zaproszona na „Taurusa” w celu degustacji przywiezionych z Polski żeglarskich napojów. Degustujemy, rozmawiamy, nastroje stają się coraz bardziej pozytywne, ale nagle uświadamiamy sobie, że zostawiliśmy nasze kobiety na jachtach i ich nastrój z pewnością nie jest równie szampański. Potwierdzają to ich wymowne spojrzenia rzucane z niezbyt odległego jachtu. Sytuacja jest trudna, na szczęście sprawę w swoje ręce bierze Leszek. Po prostu stawia na tacy szklanki z przygotowanymi drinkami i płynąc wpław (!) dociera do naburmuszonych kobiet częstując je elegancko.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Leszek z drinkami

 

Lód w ich sercach od razu topnieje, rozpływają się w zachwytach, a Leszek wskakuje na pierwsze miejsce w naprędce sporządzonej klasyfikacji na „najlepszego męża rejsu”  (którego to miejsca nie opuści już do końca).

W końcu wszyscy wracają na swoje jachty i ruszamy w dalszą drogę. Mamy ambitny plan dotarcia jak najszybciej do Dubrownika, więc niepokój komandora Staszka budzą dziwne manewry jachtu „Taurus”, który raz płynie slalomem, to znów zmienia kurs, a nawet robi kółeczka.  Kontakt radiowy wyjaśnia wszystko. Na „Taurusie” mają dość poważną awarię autopilota, który nie daje się wyłączyć i sam wyznacza jakiś kurs nie pozwalając na płynięcie w żądanym kierunku. Załoga pod wodzą Leszka po licznych próbach okiełznania niesfornego urządzenia, obezwładnia go w końcu za pomocą taśmy klejącej (autopilota , nie Leszka). Teraz już bez przeszkód ruszamy na Dubrownik.

Po pięknym zachodzie słońca, flotylla zgodnie z planem płynie nadal nie bacząc na zapadające ciemności. Na „Luci” nocna wachta w postaci Janka i Artura bezbłędnie prowadzi jacht w kierunku Dubrownika z satysfakcją odnajdując kolejne światła nawigacyjne na brzegu i wyspach. Piotrek i Staszek, którzy nad ranem wstają aby ich zmienić , są zaskoczeni widokiem ożywionych kolegów, którzy wcale nie myślą iść spać i upojeni sukcesami nawigacyjnymi pozostają na pokładzie do momentu kotwiczenia w zatoczce na wyspie Lopud.

Poniedziałek 02.07.2012

Ten postój taktyczny przed porannym wejściem do mariny w pobliskim Dubrowniku prawie wszyscy wykorzystują na krótki sen. Potem śniadanie i kierunek na główny cel naszego rejsu – Perłę Adriatyku. Plan się powiódł – o tej porze nasze trzy jachty bez problemu znajdują miejsce w zwykle zatłoczonej marinie. Po całonocnej podróży odpoczywamy na jachtach odkładając zwiedzanie Dubrownika na chłodniejsze godziny popołudniowe.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mury Dubrownika

 

Chłód nie nadchodzi , ale w końcu jedziemy autobusem do zabytkowej części miasta i pełni zapału wspinamy się na mury. Widoki rzeczywiście robią na nas ogromne wrażenie. Z jednej strony zachwyca widok z góry na wynurzające się z Adriatyku strome skały, z drugiej - gęsta zabudowa i charakterystyczne dachy starego Dubrownika otoczonego masywnymi murami. Trasa zwiedzania przebiega właśnie szczytami tych murów, a ponieważ słońce nadal intensywnie nas dogrzewa, po pewnym czasie zaczynamy marzyć o cieniu i lokalnym piwie „Ożujsko”. Nasze zachwyty stopniowo przekształcają się w postękiwania, a gdy za kolejnym zakrętem widzimy kolejne strome podejście, z czyichś ust się wyrywa "Znowu, k...a, te mury".

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Odpoczynek po zwiedzaniu

 

W końcu mocno zmęczeni docieramy do końca trasy turystycznej, z ulgą zasiadamy przy jednej z restauracyjek i z rozkoszą wchłaniamy zimne piwo. Dubrownik znowu zaczyna nam się podobać i ukontentowani wracamy na jachty. Wieczorem następują, oczywiście, spotkania integracyjne naszych trzech załóg, a nawet kąpiele w basenie tej luksusowej mariny.

Wtorek 03.07.2012

Rano wyruszamy z mariny i podpływamy pod mury Dubrownika, aby oglądnąć je od strony morza. Potem kierujemy się na północny zachód w kierunku wyspy Mljet. Tym razem trochę wieje, więc wreszcie możemy rozwinąć genuę i popłynąć w ciszy niezakłócanej warkotem diesla. Pojawia się nawet lekki rozkołys powierzchni morza, przez co posiłki pod pokładem zjadają jedynie panowie, panie wolą pooddychać świeżym powietrzem i rezygnują z konsumpcji. Przewodnim hasłem rejsu staje się zwrot ” ja to bym się napił zimnego piwa”, co jest odpowiedzią Piotrka na niemal każde zadane mu pytanie. Po kilku godzinach docieramy do uroczej zatoczki Pomena, gdzie po kolei kotwiczymy - najpierw Staszek na „Luci”, potem w bezpiecznej odległości Leszek na „Taurusie”, a następnie ku naszemu zaskoczeniu między nas wpływa Waldek na „Elice” i z fantazją rzuca w środek swojego haka. Malkontenci wyrażają obawy o możliwość splątania się łańcuchów kotwicznych, ale zwycięża wiara w instynkt Waldka. Zresztą i tak jest już za późno na interwencję.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przejażdżka na niedopompowanym pontonie

 

Popołudnie upływa nam na błogim rozkoszowaniu się pięknem przyrody , kąpielami w lazurowej wodzie, pełnymi emocji przejażdżkami na niedopompowanych pontonach i smakowaniem rozmaitych trunków. Tego wieczora konsumujemy też własnoręcznie kupione i przyrządzone lokalne rybki, które wprawnie oprawiają na brzegu Artur i Janek, przy aplauzie ptactwa wodnego.

Środa 04.07.2012

Rano nie spieszymy się z pobudką, przez co zaskakuje nas patrol strażników Parku Narodowego Mljet, którzy pobierają za wstęp na tutejsze wody całkiem sporą opłatę. Dostajemy za to efektowne bilety i informację o możliwości zwiedzenia klasztoru położonego wewnątrz wyspy. Niestety, lenistwo zwycięża i prawie nikt nie decyduje się na dość długi spacer przy coraz wyższej temperaturze powietrza. Trochę szkoda, ale przecież jesteśmy młodzi i na pewno kiedyś tu jeszcze wrócimy.

W końcu jesteśmy gotowi do drogi i zaczynamy podnosić kotwicę. Jednak hak stawia jakiś opór, jednocześnie łańcuch sąsiedniej „Elici” napręża się, więc wracają obawy o splątanie się kotwic. Pojawiają się emocje i mocne słowa, tym bardziej, że obok przybija spory wycieczkowiec, którego pasażerowie z zaciekawieniem przyglądają się żeglarzom z Polski bawiącymi się pilotami od wciągarek kotwicznych.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Walka z kotwicami

 

Sytuację wyjaśnia nieoceniony Leszek, który kilkukrotnie nurkuje pod jachty i w końcu stwierdza, że nie jesteśmy splątani. Rzeczywiście, przy kolejnej próbie obie kotwice udaje się jakoś wciągnąć i już bez stresu ruszamy w kierunku następnego celu naszej podróży – wyspy Korcula. Po kilku godzinach dopływamy do miejscowości o tej samej nazwie, jednak jej marina jest zapełniona (nawet mistrz ciasnych podejść – Waldek, nie znalazłby tu miejsca). Kotwiczymy więc w pobliskiej zatoczce, co nawet nas cieszy, bo możemy tu swobodnie popływać, a nawet poskakać do wody. Wieczorem za pomocą wodnej taksówki docieramy do zabytkowej Korculi, zwanej „małym Dubrownikiem” m.in. z powodu murów otaczających stare miasto. Tym razem mury oglądamy z bezpiecznej odległości i powolnym spacerkiem w poziomie zwiedzamy tę sympatyczną miejscowość. W końcu zasiadamy przy piwie w jednej z licznych knajpek, w której nieoczekiwanie rozpoczyna się koncert duetu gitarowego „Vanda i Marin”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koncert "Vandy i Marina"

 

Śródziemnomorska atmosfera, brzmienie gitar, a przede wszystkim niesamowity głos wokalistki robią na nas duże wrażenie i ten wieczór na pewno na długo pozostanie w naszej pamięci. Być może, w pamięci Vandy pozostaną również Artur i Janek, którzy kupując od niej płyty zespołu, komplementowali ją z właściwą naszej nacji szarmancją. Na jachty wracamy wręcz upojeni magiczną atmosferą tego wieczoru.

Czwartek 05.07.2012

Rano opuszczamy kotwicowisko dość wcześnie jak na nasze urlopowe zwyczaje, bo już przed pół do siódmej. Musimy jednak zatankować jachty, bo większość czasu żeglujemy tutaj na diesel-grotach. Mimo wczesnej pory kolejka do pobliskiej stacji paliwowej jest spora, w dodatku stoją w niej wycieczkowce, które tankują dużo i długo. Gdy załoga „Luci” wreszcie napełnia zbiorniki swojego jachtu, zaraz za nimi do dystrybutorów podpływa Leszek na „Taurusie”. Zostaje za to otrąbiony przez następny w kolejce statek wycieczkowy, którego załoga używa również jakichś wymyślnych sformułowań, zapewne dalekich od komplementów. Sytuację udaje się załagodzić, Leszek podpływa z drugiej strony pirsu i po chwili obie jednostki zgodnie tankują. Tego dnia celem jest wyspa Hvar. Po drodze oczywiście zatrzymujemy się na kąpiel w kolejnej malowniczej zatoczce. Podziwiamy tu m.in. kolonie jeżowców przy brzegu oraz zaprzyjaźniamy się z pływającym pieskiem, który nawet próbuje dostać się na jacht po plecach Janka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zatoczka przed Hvarem

 

Po południu dopływamy do portu Hvar, ale o tej porze brakuje dla nas miejsca (jedynie niezawodny Waldek na „Elice” gdzieś się wcisnął), więc kierujemy się do mariny Palmizana na pobliskiej wyspie Sv.Klement. Do Hvaru dostajemy się na pokładzie może niezbyt taniej, ale za to bardzo szybkiej motorówki. Wzbudzamy pewne zaciekawienie kierującego nią młodzieńca, śpiewając po drodze ze strachu szantę „Już nie wrócę na morze..”. Zabytkowe miasteczko zwiedzamy w klubowych koszulkach sławiąc dobre imię niżańskiego żeglarstwa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jacht Klub Nisko w Hvarze

 

Spacerujemy dość długo - nawet po zapadnięciu ciemności, a wieczór kończymy oczywiście przy „Ożujsku” w przyportowej knajpce. Po powrocie do mariny następuje nieoczekiwane zdarzenie – Janek i Beata rozpoznają wśród cumujących tu żeglarzy swoich znajomych z Krakowa, co jest kolejnym dowodem na to, że „świat jest mały” i pretekstem do następnego wieczorku integracyjnego.

Piątek 06.07.2012

Poranek w marinie „Palmizana” rozpoczynamy od sesji zdjęciowej w klubowych koszulkach, a potem wypływamy w ostatni etap rejsu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W marinie "Palmizana"

 

Tym razem zaczyna trochę wiać od rufy, więc wykorzystując oba żagle kierujemy się w stronę Splitu. Przed wejściem do portu „zaliczamy” jeszcze jedną zatoczkę, gdzie zapewne ostatni raz tego lata kąpiemy się w Adriatyku. Po południu wchodzimy do mariny w Splicie, gdzie po odpoczynku część ekipy rusza na zwiedzanie tego zabytkowego miasta, a część oddaje się degustacji różnych trunków lub objęciom Morfeusza.

Split po zapadnięciu zmroku okazuje się być bardzo atrakcyjny. Kręte uliczki i tajemnicze zaułki dawnego pałacu Dioklecjana, liczne knajpki i restauracyjki wypełnione turystami i świetnie bawiącą się młodzieżą nadają temu miastu niezwykle pozytywny klimat. Niespodziewaną atrakcją okazuje się też próba opery „Nabucco” przeprowadzana w zabytkowych ruinach. Zaskakujące wrażenie na nas robi zwłaszcza wejście na scenę grupy ”turystycznie” ubranych osób – np.w klapkach lub sandałach, rozpiętych koszulach lub T-shirtach, które nagle zaczynają śpiewać operowymi głosami.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Split nocą

 

Nasyciwszy się takimi widokami, dźwiękami i klimatami wracamy do mariny, gdzie dołączamy aktywnie do reszty ekipy integrującej się do późnej nocy. Wieczór ten z wielu powodów stanowi więc dla nas bardzo miłe zakończenie klubowego rejsu.

Sobota 07.07.2012

Niestety, to już koniec rejsu. Sprawnie zdajemy jachty, pakujemy się i ruszamy w drogę powrotną do Polski. Jednak myślimy już o rejsie za rok. Może tym razem będą to greckie Cyklady…

"Get the Flash Player" "to see this gallery."