„Nie odkryjesz nowych lądów, dopóki nie odważysz się stracić brzegu z oczu.”

Ogłoszenia

Sponsorzy 2018

gmina i powiat.jpg
jawor.jpg
logo_hydrowit.jpg
slovrur.jpg

JKN na Facebooku

Pogoda w Nisku

http://www.swiatpogody.pl

JKN na Instagram

Szanty

Jacht Klub Nisko Foto-relacje Rejsy Grecja - lipiec 2013

Jedną z wielu tradycji Jacht Klubu Nisko stały się wakacyjne rejsy po wodach południa Europy, szczególnie oczekiwane przez nasze ciepłolubne klubowiczki. Po dwóch kolejnych sezonach, gdy penetrowaliśmy wysepki, zatoczki i inne urocze zakątki chorwackiego wybrzeża, przyszedł czas na wyprawę do Grecji. Do Lefkady – portu leżącego nad Morzem Jońskim - ruszyły, korzystając z różnych środków lokomocji, dwie ekipy naszego jacht klubu.

Sobota 06.07.2013

Część z nas dociera tu busem przez Słowację, Węgry, Serbię i Macedonię, inni dolatują samolotem do Aten, a stamtąd dojeżdżają autokarem do Lefkas. Zgodnie z planem spotykamy się na miejscu około południa w sobotę. W marinie czekają na nas dwa jachty: Bavaria 46 „Milion”, którą poprowadzi Staszek Czerewin (załoga: Janek z Beatą, Artur z Martą, Tomek z Moniką i Piotrek z Anią) oraz Delphia 40 „Foxbat” ze skipperem Leszkiem Grabem (załoga: Renata, dwie Marty - w tym „dziewczyna z ogłoszenia” :) , dwóch Łukaszy, Michał, oraz pasażerowie last-minute: Kuba i Maciek, którzy pojechali z nami za symboliczną opłatą za przejazd i wyżywienie).

Formalności związane z przejęciem jachtów i niezbędne zakupy trwają kilka godzin, jesteśmy też nieco zmęczeni po długiej podróży, więc wieczór spędzamy w marinie, odkładając wypłynięcie na niedzielę rano.

Niedziela 07.07.2013

Wysypiamy się jak przystało na czas urlopowy i dopiero około 9.30 wypływamy z Lefkas kierując się na południe w stronę Kefalonii. Zgodnie z żeglarską tradycją na początku wznosimy toast ku czci Posejdona, aby sprzyjał nam na tutejszych wodach.

Opływamy Lefkadę od strony wschodniej porównując mijane krajobrazy z chorwackimi. Najbardziej rzucające się w oczy różnice to większa ilość zieleni niż na Kornatach i bardziej strome i wysokie wybrzeża mijanych wysp. Wreszcie po kilku godzinach następuje upragniona chwila- pierwsza kąpiel w jednej z malowniczych zatoczek.

Wkrótce ruszamy dalej i wieczorem docieramy do pierwszego celu naszego rejsu- portu Fiskardo na Kefalonii.

Mimo dużo niższego niż na Chorwacji standardu tutejszych marin (często brakuje prądu, wody czy ogólnodostępnych łazienek), od razu przypada nam do gustu bardzo sympatyczna atmosfera i pozytywne podejście Greków do turystów- żeglarzy.

Wieczorem, przy burcie luksusowego jachtu „Inspiration”, spożywamy kolację składającą się ze wszystkich możliwych i niemożliwych owoców morza zamawianych ze swadą przez Tomka- mistrza ceremonii. Czujemy się luksusowo i uśmiechy tylko trochę nam rzedną przy płaceniu sporego rachunku.

Poniedziałek 08.07.2013

Poniedziałek zaczynamy dość wcześnie, bo już około siódmej rano wypływamy z Fiskardo i ruszamy dalej na południe. Naszym dzisiejszym celem jest port Zakynthos na wyspie o tej samej nazwie. Po szaleństwach poprzedniej nocy jesteśmy nieco zmęczeni, więc niektórzy próbują w trakcie tego etapu nadrobić zaległości we śnie.

Ponieważ ten etap liczy sporo mil, nie zatrzymujemy się nigdzie i około siedemnastej docieramy do portu Zakynthos.

Cumujemy obok siebie, by po długim etapie zjeść solidniejszy posiłek. Jak zwykle załoga Leszka robi na nas wrażenie swymi wzorcowo zbilansowanymi dietetycznie posiłkami i formą ich podania.

A także efektowną reklamą naszego jacht klubu.

Wieczór spędzamy na spacerach po Zakynthos, które okazuje się ciche i spokojne, prawie wymarłe,

a najciekawszym miejscem, jakie znajdujemy wydaje się być „doniczkowy” plac.

09.07.2013 wtorek

We wtorek wypływamy już o szóstej rano,

i powoli okrążamy wyspę wzdłuż jej południowych i zachodnich brzegów. Najpierw krążymy po zatoce Laganas wypatrując żółwi karetta – karetta , z których słynie ta okolica. Po dłuższej chwili udaje się nam w końcu zobaczyć tajemniczy kształt, który jednak szybko znika pod powierzchnią wody.

Analiza zdjęcia zrobionego przez czujnego Piotrka nie rozstrzyga wątpliwości w 100% (np. Beata typuje, że była to reklamówka z „Biedronki”) , ale po głosowaniu uznajemy, że widzieliśmy jednak żółwia karetta – karetta. I tej wersji będziemy się trzymać. Ponieważ te poszukiwania zajęły nam dość dużo czasu- ruszamy „z kopyta” dalej. Tym razem mamy więcej szczęścia. Prawie przez godzinę towarzyszy nam mały delfinek, opływając nasz jacht z każdej strony.

Droga trochę się dłuży, więc zabijamy czas odgrywając po kolei różne pantomimiczne scenki, które mają naprowadzić oglądających na tytuł jakiegoś filmu. Zabawa jest przednia, gdyż odgadnąć tytuły nie jest łatwo, zwłaszcza, że niektórym z nas, wszystko kojarzy się tylko z jednym ;)

Jest też czas i okazja, aby spróbować swych sił za kołem sterowym, z czego korzysta m.in. Monika, potwierdzając tezę, że żeglarstwo to piękna pasja.

Około godziny szesnastej dopływamy do słynnej Zatoki Wraku. Rzeczywiście jej widok robi na nas wrażenie i wcale nie wydaje się być przereklamowana. Janek mistrzowsko ustawia jacht na kotwicy, a chętni ruszają wpław na brzeg.

Strome skalne ściany dokoła plaży, zardzewiały wrak gęsto pokryty wydrapanymi napisami chyba we wszystkich językach świata (dołącza do nich „JKN Nisko”), szorstki piasek i białe owalne kamienie pod stopami stwarzają niepowtarzalną atmosferę tego miejsca. Kilka tych kamieni niektórzy z nas decydują się wziąć na pamiątkę, a ponieważ przypłynęliśmy wpław, upychamy je po różnych zakamarkach naszych kostiumów kąpielowych. Większość tego balastu udaje się dowieźć na pokład, a niektórzy znajdują kamyczki zabłąkane tu i tam dopiero po długich poszukiwaniach :)

Robi się późno, więc decydujemy się ruszać dalej, gdyż nie ma tu warunków do nocnego postoju. Nie obywa się to bez przygód, gdyż nasza kotwica zaczyna żyć własnym życiem i już po podniesieniu opada z powrotem na dno wciągając pod wodę z wielkim łoskotem prawie całą długość łańcucha (około 90 m). Na szczęście Artur dzierżący pilot pokazuje, kto tu rządzi i po ponownym wciągnięciu całego żelastwa możemy ruszać w drogę. Około siódmej wieczorem docieramy do małego portu Agios Nikolaos (który ochrzciliśmy jako Mikołajki), gdzie wprawdzie jest już pełno jachtów, ale bardzo sympatyczny Grek Dimitros pomaga nam znaleźć miejsce na cumowanie.

Okazuje się wkrótce, że Dimitros zarządza dosłownie wszystkim w tej części portu. Organizuje nam wodę i prąd podciągając różne węże, kable i przedłużacze (gdyż jak to w Grecji zazwyczaj bywa - brak przy nabrzeżu takiej infrastruktury). Zaprasza do swojej stacji benzynowej, przylegającego do niej sklepiku, a szczególnie do pobliskiej tawerny, której – przypadkiem - jest właścicielem. Proponuje również kąpiel i toaletę w znajdujących się w niej łazienkach. Kręci się wszędzie, biega i zagaduje – jest żywym zaprzeczeniem mitu o rzekomo leniwych Grekach. Dlatego bez oporu spędzamy miły wieczór w jego restauracji spożywając smaczną kolację.

Środa 10.07. 2013

Rano powoli zbieramy się do wypłynięcia, gdy na skuterku podjeżdża do naszego jachtu umundurowany na niebiesko Grek i ze srogą miną wyjaśnia nam, że stoimy w zabronionym miejscu, o czym mają świadczyć ledwie widoczne kawałki żółtej farby na nabrzeżu. Trochę to bagatelizujemy, ale ów Grek, tytułujący się oficerem portowym, informuje nas, że jest to miejsce cumowania dużego promu, a prom już się zbliża. Rozglądamy się – promu jeszcze nie widać, więc chcemy po prostu zmienić miejsce cumowania, ale pan oficer mówi, że już nie zdążymy. I faktycznie, w tym momencie zza skał wyłania się rzeczywiście niemały prom i pruje prosto w naszą stronę. Oczami wyobraźni widzimy już ten masywny kształt miażdżący naszą malutką Bavarię. Zastygamy w bezruchu czekając co będzie dalej, ale po straszącym nas Greku jakoś nie widać emocji, ani nerwowości. Rzuca tylko mimochodem coś o płaceniu grzywny i odchodzi kilkanaście metrów dalej, gdzie ze spokojem odbiera cumy z promu dobijającego właśnie w tamtym miejscu, a nie na naszej burcie :)

Pasażerowie wysiadają, samochody wyjeżdżają, zaś „oficer portowy” rzuca na nas ostatnie spojrzenie, wzdycha, po czym wsiada na swój skuterek i odjeżdża w siną dal. Zapewne grecka gościnność zwyciężyła z poczuciem obowiązku.

Po tych emocjach już spokojnie wypływamy i kierujemy się na mityczną Itakę. Mamy sporo mil do przepłynięcia, ale wcale nam się nie nudzi . Najpierw Staszek wskakuje do wody i trzymając się liny rękami pruje fale za mknącym w fordewindzie jachtem. Z trudem udaje nam się go wciągnąć na pokład :)

Następnie Monika wdzięcznie demonstruje własną wizję żeglarskiego sformułowania: „płynąc na motyla”.

Wreszcie Tomek i Ania udowadniają, ze kokpit Bawarii 46 wcale nie jest za ciasny na żywiołowe tańce.

Po południu zatrzymujemy się na kąpiel w jednej z zatoczek wschodniego wybrzeża Kefalonii.

Robi się późno, więc ruszamy dalej. Naszym celem jest port Frikes. Wiatr się wzmaga, jacht zaczyna płynąć w dość mocnym przechyle i choć męską część załogi cieszą te chwile prawdziwego żeglowania, to nasze panie zaczynają narzekać na mało komfortowe warunki podróży. Podobne sygnały docierają z drugiego jachtu, więc postanawiamy skrócić ten etap rejsu i zawijamy do portu Vahti, ukrytego w zacisznej zatoce.

Okazuje się to dobrą decyzją, gdyż zaczyna się już ściemniać, gdy przybijamy do nabrzeża. Ponieważ emocji tego dnia nie brakowało, wieczór spędzamy dość spokojnie, czemu sprzyja senna atmosfera tego miasteczka.

11.07.2013 czwartek

Rano znajdujemy nieco czasu na zwiedzenie krętych i malowniczych uliczek Vahti, a niektórzy z nas nawet gubią się w sklepikach z pamiątkami.

W planach mamy teraz krótsze etapy - zgodnie z życzeniem naszych załogantek, które nie do końca odnajdowały przyjemność we wczorajszym żeglowaniu. Wypływamy więc dopiero o godzinie jedenastej.

Już po trzech godzinach robimy postój w malowniczej zatoczce położonej przy opuszczonej po trzęsieniu ziemi w 1953 r. wiosce Porto Leone.

Tajemnicze baszty na wystającym cyplu kuszą trójkę śmiałków z załogi „Foxbata”, którym po dotarciu wpław do brzegu, udaje się nawet wspiąć do tych ruin.

Reszta załogi zażywa kąpieli. Niestety, tego dnia znowu mocno wieje i kotwice trzymają bardzo niepewnie, więc dość szybko ruszamy dalej w stronę wyspy Kalamos.

Obsługujący windę kotwiczną Piotrek skarży się na lekkie porażenie prądem podczas naciskania pilota. Wg interpretacji niektórych załogantów potwierdzają to włosy stojące dęba na jego głowie i nie tylko. Sytuacja szybko się wyjaśnia –podczas wczorajszego etapu woda przelewająca się przez przedni pokład mocno zamoczyła pilot windy, więc konieczne staje się jego osuszenie i przeczyszczenie styków. Niestety, wkręty w obudowie są skorodowane i nie możemy ich odkręcić. Stosujemy więc sprawdzony sposób – polewamy każdy wkręt Pepsi Colą i po kolei odkręcamy wkręty. Niestety, zostaje jeden oporny – sytuacja wydaje się beznadziejna. W akcie desperacji Tomek wpada na pomysł i polewa wkręt Metaxą. Potem jeszcze po łyku w nasze gardła i wkręt wreszcie „puszcza”. Czyszczenie styków i osuszenie pilota jest już formalnością – przywracamy sprzęt do używalności zgodnie z przepisami BHP.

Wczesnym popołudniem wpływamy do portu Kalamos, gdzie kotwiczymy wypuszczając całą długość 90-metrowego łańcucha, zgodnie z zaleceniami Greka , który w ciasnym porcie gęsto upycha zaskakująco dużą ilość jachtów.

Zaletą tego miejsca jest możliwość popływania wpław przy brzegu, z czego część z nas skwapliwie korzysta.

Poza tym spacerujemy, biesiadujemy i chłoniemy magiczną atmosferę tego typowego greckiego porciku pełnego jachtów turystycznych i małych rybackich łódek.

Piątek 12.07.2013

Tego dnia musimy już dopłynąć do macierzystego portu naszych jachtów: „Miliona” i „Foxbata”. Nie jest to jednak daleko, więc nie spieszymy się z wypłynięciem – ruszamy dopiero około dziesiątej. O dziwo, udaje nam się wyciągnąć kotwicę bez problemu mimo gąszczu łańcuchów z lewej i prawej strony. Wieje słabo, więc płyniemy na silniku. Płeć piękna szuka ostatniej okazji do złapania opalenizny, zalegając na przednim pokładzie, gdzie leniwie sączy drinki.

Wkrótce zatrzymujemy się na ostatnią kąpiel w Adriatyku przy wyspie Meganisi w pobliżu plaży obsianej parasolami przeciwsłonecznymi.

Przeprowadzony zostaje również rekonesans pontonami na brzeg.

Wkrótce ruszamy w ostatni etap rejsu. Obserwujemy mknące po wodzie jachty regatowe,

przeprowadzamy też obowiązkową sesję fotograficzną w strojach klubowych.

W końcu wpływamy w kanał wiodący wprost do mariny w Lefkadzie.

Pozostaje nam tylko zatankować …

… i zakończyć rejs pożegnalną kolacją

Sobota 13.07.2013

W sobotę rano zdajemy jacht, pstrykamy sobie wspólną fotkę:

i ruszamy w drogę powrotną. Jedna załoga wraca busem prosto do Polski, druga natomiast jedzie autobusem do Aten, gdzie spędzi jeszcze półtora dnia i całą noc na zapoznawaniu się z życiem w stolicy Grecji.

Ale to już całkiem inna opowieść… ;)

(relacja z rejsu wg Piotrka z załogi "Miliona")

"Get the Flash Player" "to see this gallery."