„Nie odkryjesz nowych lądów, dopóki nie odważysz się stracić brzegu z oczu.”

Ogłoszenia

Sponsorzy 2017

abn profil.jpg
lpg2.jpg
zbimar_logo.jpg

JKN na Facebooku

Pogoda w Nisku

http://www.swiatpogody.pl

JKN na Instagram

Szanty

Jacht Klub Nisko Foto-relacje Rejsy Rejs Zawisza Czarny 2016

4 - 11 września 2016 (Gdynia - Nekso - Karlskrona - Ustka - Hel - Gdynia)

We wrześniowym rejsie na "Zawiszy Czarnym" pod wodzą kapitana Waldemara Mieczkowskiego, (zorganizowanym przez "North-Rejsy") większość załogi stanowili żeglarze ze Stalowej, Woli, Tarnobrzega, Niska i okolic. W sumie na pokładzie znalazły się 44 osoby, w tym załoga stała (kapitan, starszy oficer, bosman, kuk i dwóch mechaników). Pozostali żeglarze zostali podzieleni na 4 wachty. Z niżańskiego Jacht Klubu na rejs zapisało się 7 osób i większość z nich była w trzeciej wachcie.

Wkrótce po zaokrętowaniu rozlokowaliśmy się na swoich kojach. Mieściły się one w jednym dużym pomieszczeniu – kubryku. Ułożone były piętrowo – po trzy-cztery w poszczególnych „przedziałach”. Miejsca na rzeczy osobiste nie było zbyt dużo, trzeba było więc być dobrze zorganizowanym.

W tym samym pomieszczeniu jedliśmy posiłki, biesiadowaliśmy wieczorami i robiliśmy różne inne rzeczy :) Nietrudno się domyśleć, że sprzyjało to szybkiej i dogłębnej integracji całej załogi.

Już na początku rejsu całej załodze przydzielono zadania. Po pierwsze każda wachta po kolei miała 24 godzinną służbę w kambuzie. Około godziny przed posiłkami przygotowywaliśmy stoły (były nawet obrusy!), naczynia i sztućce oraz poprzenosiliśmy przygotowane przez kuka jedzenie z kambuza przez pokład po stromej zejściówce do kubryku. W samym przygotowaniu posiłków nie braliśmy udziału – kuk jakimś cudem  radził sobie sam i w ciasnym kambuzie sprawnie przyrządzał jedzenie dla 44 osób! Jedynie w niektóre dni obieraliśmy worek ziemniaków :)


Po posiłkach zbieraliśmy wszystkie naczynia, znosiliśmy do pentry, myliśmy, wycieraliśmy do sucha i sprzątaliśmy pomieszczenia kuchenne. Żony byłyby z nas dumne :) Trwało to kolejną godzinę lub dłużej, ale potem był wolny czas do następnego posiłku.

Tu warto dodać, że posiłki były rewelacyjne! Urozmaicone i pomysłowe, a przede wszystkim smaczne („Zawisza Czarny” z tego słynie). Kuk w trakcie rejsu zebrał masę pochwał, na które nawiasem mówiąc reagował dość  obojętnie. W ogóle nasz kucharz był człowiekiem dość tajemniczym i milczącym, a ożywiał się głównie przy zbyt głośnym wybijaniu szklanek na umiejscowionym w pobliżu kambuzowego bulaja dzwonie. Lepiej było wtedy dzwoniącemu szybko oddalić się w najdalszy zakątek statku ;)

Pozostałe wachty, poza kambuzową, pełniły służbę nawigacyjną – po 4 godziny. Po kolei staliśmy za kołem sterowym, albo na „oku”.

W dzień wypatrywaliśmy głównie sieci rybackich i syrenek, w nocy sprawdzaliśmy naszą umiejętność rozpoznawania rodzaju i wielkości statków oraz ich kursu na podstawie oświetlenia nawigacyjnego. Nasze obserwacje były bezlitośnie weryfikowane przez  pokładowy GPS z systemem AIS.

Kolejnym zadaniem każdej wachty był poranny klar, czyli sprzątanie wszystkich pomieszczeń, zmywanie pokładów ...

... i „glansowanie mosiądzów”.

Niezależnie od tego trafiały się alarmy do obsługi żagli lub manewrowe (przy wchodzeniu i wychodzeniu z portów). Wtedy cała załoga (łącznie z kambuzową) stawiała się na pokładzie i realizowała polecenia kapitana lub bosmana.

Na „Zawiszy Czarnym” można postawić do 10 żagli, a każdy z nich ma fały, kontrafały, szoty, kontraszoty oraz topenanty, więc było co robić przez kilkadziesiąt minut. Zresztą gdyby nie podpowiedzi bosmana Piotra i oficerów trwałoby to pewnie jeszcze dłużej. Niedoścignionym mistrzem w stawianiu żagli był nasz kapitan. Jak sam stwierdził – stawia je jednym palcem – wskazującym :)


Podobnie zajmujące były manewry portowe: desant, obsługa odbijaczy, rzutek, cum, szpringów, trapu oraz wieszanie reklam sponsorów żaglowca ;) wymagały zaangażowania prawie całej załogi.

Wydawać by się mogło, że byliśmy bardzo zapracowani, ale raczej nikomu to nie doskwierało. Po pierwsze - wszyscy wykonywali swoje zadania chętnie, bo nie było to przypadkowe towarzystwo, lecz w większości doświadczeni  żeglarze, którzy chcieli zasmakować życia na dużym żaglowcu. Po drugie- wolnego czasu na odpoczynek, sen czy rozmowy, pozostawało i tak całkiem dużo. Czas wolny był również podczas postojów w portach – kto chciał, ten mógł dużo pozwiedzać, pobiesiadować lub po prostu wyspać się.


A teraz nieco wybiórczo potraktowany przebieg rejsu.

Do Gdyni, gdzie cumował „Zawisza Czarny” przyjechaliśmy w niedzielę, zaokrętowaliśmy się około godz. 14.00 i już 3 godziny później ruszyliśmy w drogę.

Płynęliśmy pod żaglami przez całą noc, cały poniedziałek i kolejną noc na Bornholm. Do portu w Nekso weszliśmy rano.

Manewry cumowania przebiegły całkiem sprawnie, pomimo faktu, że nastąpiła awaria telegrafu do komunikacji między mostkiem kapitańskim a maszynownią.

Starcie betonowego nabrzeża ze stalowym kadłubem Zawiszy zakończyło się remisem, tylko dwa odbijacze z głośnym wystrzałem zmieniły kształt z kulistego na płaski. Nieco później naszemu bosmanowi udało się jeden zregenerować, więc straty nie były znaczące.

W Nekso mieliśmy czas wolny do wieczora, więc podobnie jak reszta załogi postanowiliśmy zwiedzić to sympatyczne miasteczko. Nasza wachta już na początku zwiedzania napotkała przeszkodę w postaci lokalnego piwa, oferowanego za różne waluty, w tym złotówki (!) przez przedsiębiorczego Duńczyka siedzącego w przyportowym sklepiku.

Przeszkodę tę udało nam się pokonać kilkunastoma łykami i wkrótce ruszyliśmy dalej.

Podczas spaceru malowniczymi uliczkami najwięcej naszej uwagi przykuła przydomowa wystawa artystycznych kompozycji z patyczków, ...

... a następnie drogowskaz wskazujący położenie wędzarni ryb.

Tu zabawiliśmy nieco dłużej konsumując całkiem smaczne dane o nazwie „Nexo Speciality”, które składało się z rybki, pieczywa, warzyw i innych dodatków, a zostało oczywiście wsparte lokalnym piwem.

Wieczorem kolejna atrakcja - do kubryku przyszedł z gitarą kapitan Waldek i wspólnie z naszym oficerem Krzyśkiem rozpoczęli koncertowanie w klimacie szantowym i nie tylko, z towarzyszeniem nierównego chóru głosów całej załogi.

W przerwach miedzy piosenkami odbywały się przyjęcia chętnych załogantów do Kongregacji Miłośników Krzewienia Kultury Picia Rumu "Wrak" (oby żyła wiecznie!). Kandydatów pojawiło się wielu, więc kapituła Kongregacji, w skład której wchodzili Duża Lufa i Trzech Głębszych miała pełne ręce (i gardła) roboty. Każdy z kandydatów recytował poważną przysięgę, wykazywał się odpowiednim wprowadzającym i zatwierdzał przystąpienie do Kongregacji solidnym łykiem szlachetnego napoju. W zamian otrzymywał zapewnienie, że od tego czasu „bendzie miau potont”.

W środę rano wypoczęci i rześcy ;) ruszyliśmy w dalszą drogę pod żaglami, dzięki nadal sprzyjającym wiatrom.

Popłynęliśmy na północ wzdłuż brzegów Bornholmu, minęliśmy malutką, ale zamieszkałą wysepkę Christianso...

... i przyjęliśmy kurs na Karlskronę.

Znowu płynęliśmy cały dzień i całą noc, a w czwartkowy ranek wpłynęliśmy do tego szwedzkiego portu.

Tu również mieliśmy sporo wolnego czasu, a większość poświęciła go głównie na zwiedzenie atrakcyjnego Muzeum Morskiego z bardzo dużą liczbą eksponatów na czele z łodzią podwodną, której wnętrze można było dokładnie spenetrować.

Wieczorem ruszyliśmy w powrotną drogę na południe. Tym razem kierunek wiatru nie pozwolił na postawienie żagli, więc za pomocą silnika (który ma już ponad 70 lat) płynęliśmy w kierunku Ustki. W nocy, gdy służbę pełniła nasza wachta, mieliśmy chwile emocji, gdy jakiś statek towarowy nie zważając na nasze pierwszeństwo zbliżał się ku nam kursem kolizyjnym. W końcu na polecenie kapitana ustąpiliśmy za pomocą manewru „zróbmy kółko w lewą stronę”.  Tej nocy w ogóle nie było nudno, bo przecinaliśmy różne szlaki handlowe i trzeba było wpasować się w luki między kolejnymi statkami.

Do Ustki przypłynęliśmy w piątek po południu. Wpływając do portu z zainteresowaniem oglądaliśmy licznych turystów i robiliśmy im zdjęcia, zaś turyści z zainteresowaniem oglądali i robili zdjęcia nam.

Kilka godzin przeznaczonych na zwiedzanie pozwoliło nam pospacerować po ulicach miasteczka oraz po plaży, zakosztować lokalnego piwa i skonsumować rybkę w "Zaułku Kapitańskim".

Najbardziej naszej wachcie przypadła do gustu przystojna syrenka usytuowana na nadmorskiej promenadzie. Pojawił się nawet pomysł powtórki zdjęcia z rejsu do Kopenhagi, ale powstrzymało nas oko kamery miejskiego monitoringu wycelowane w ten posąg.

Wieczorem odbiliśmy od nabrzeża i rozpoczęliśmy zacieśnioną cyrkulację w niezbyt szerokim kanale. Chwilę to trwało zważywszy możliwości manewrowe "Zawiszy Czarnego", a zwłaszcza brak sterów strumieniowych. Zapytaliśmy jednego z oficerów, dlaczego nie próbowaliśmy wypłynąć "na wsteczu", na co uzyskaliśmy odpowiedź wypowiedzianą z przymrużeniem oka: „A ty tu jesteś żeby pływać, czy żeby dostać wpier…?”. Co znaczyło oczywiście, że taki manewr byłby utrudniony przez niekorzystne prądy w kanale :) W końcu udało się skierować żaglowiec dziobem ku morzu, a zgromadzona publiczność nagrodziła kapitana i załogę brawami.

Po postawieniu kilku żagli ruszyliśmy wzdłuż polskiego wybrzeża w stronę Helu. Noc była nieco mglista, więc tym razem oprócz wpatrywania się w białe mleko przed dziobem i śledzenia GPS-a , jeden z nas pełnił dyżur przy radarze w kabinie nawigacyjnej. W dzień płynęliśmy już wzdłuż Mierzei Helskiej lawirując między sieciami rybackimi i obserwując większe i mniejsze jednostki pływające zmierzające do portów Zatoki Gdańskiej. Byliśmy nawet świadkami brawurowej szarży kutra rybackiego tuż przed dziobem "Zawiszy Czarnego", potwierdzającej smutny fakt, że nie wszyscy ludzie morza słyszeli o MPZZM.

Na Hel przybiliśmy w sobotę około 16.00. Tu odwiedziliśmy kilka tawern, ze słynnym "Kapitanem Morganem" na czele.

A wieczorem odbył się Wieczór Kapitański, czyli kolejny koncert szantowy w kubryku połączony z degustacją napojów żeglarskich.  Zgodnie z zasadą "Co wydarzyło się na "Zawiszy", zostaje na "Zawiszy", na tym relacja z tego wieczoru się kończy ;)

W niedzielę wcześnie rano wypłynęliśmy do Gdyni, po drodze klarując statek i pakując się. Około godziny 10.30 nastąpiło ostatnie spotkanie całej załogi z kapitanem, który rozdał wszystkim pozytywne opinie z rejsu. Okazuje się, że w ciągu 103 godzin (w tym 67 pod żaglami) przepłynęliśmy 427,5 Mm. To naprawdę niezły wynik jak na ten żaglowiec, więc wszyscy byli zadowoleni.

Rejs był bardzo udany, między innymi dlatego, że pogoda nam sprzyjała. Tylko w pierwszy dzień padał deszcz, potem już mieliśmy prawdziwe lato. Mimo dość silnych wiatrów - jednej nocy wiało 6 w skali Beauforta, a niektórzy wyczuli w porywach nawet 6 i 1/4 :) - nie wytworzyła się szczególnie dokuczliwa fala i choroba morska dotknęła nielicznych załogantów.

Na pewno nieco uciążliwe były warunki mieszkaniowe – trochę ciasne koje (zwłaszcza górne), koedukacyjna łazienka (to akurat zaleta!) i tylko 2 pomieszczenia WC na 37 osób (załoga stała miała oddzielne). Jedno z tych pomieszczeń było tak kompaktowe, że właściwą pozycję na sedesie trzeba było przyjąć już przed zamknięciem drzwi, bo po ich zamknięciu nie było szans ma żadne manewry. Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić, a pomijając te małe niedogodności, reszta była samą przyjemnością, przynajmniej dla żeglarzy :)

Jako podsumowanie – anegdotka. Prawdziwa!

Gdy w Gdyni schodziliśmy już z Zawiszy, nieco zmęczeni po wieczorze kapitańskim i w ogóle całym rejsie, podsłuchaliśmy stwierdzenie jakiejś turystki w tłumie, który obserwował nasze przybycie: „Od razu widać, że to takie żeglarskie mordy.” :)


(relacja wg Piotra z III wachty)

"Get the Flash Player" "to see this gallery."