„Nie odkryjesz nowych lądów, dopóki nie odważysz się stracić brzegu z oczu.”

Sponsorzy 2018

enesta.jpg
unimark.jpg
kamil kowalsk_logo_m.jpg

JKN na Facebooku

Pogoda w Nisku

http://www.swiatpogody.pl

JKN na Instagram

Szanty

Jacht Klub Nisko Foto-relacje Rejsy Zat.Gdańska - pażdziernik 2012

Zakończenie sezonu na Zatoce Gdańskiej 11.10 - 14.10.2012

Czwartek 11.10.2012

Na tradycyjny rejs zatokowy będący zwieńczeniem pełnego wydarzeń sezonu żeglarskiego wybrała się siedmioosobowa ekipa Jacht Klubu Nisko. W skład załogi pod wodzą komandora Staszka wchodzili: Artur, Toni, Tomek, drugi Staszek, Paweł i Piotrek. Do Górek Zachodnich dotarliśmy dwoma samochodami, z wyjątkiem Tomka, który miał do nas dołączyć dopiero w piątek w Sopocie. Nad ranem serdecznie przywitaliśmy się z bosmanem Romanem, którego poznaliśmy przy okazji zeszłorocznego rejsu na zakończenie sezonu. Roman przekazał nam jacht i zapewnił o wyczyszczeniu zbiornika paliwa, aby nie powtórzyły się kłopoty z silnikiem, jakich doświadczyliśmy w zeszłym roku. Rzeczywiście jacht był dobrze przygotowany, nie brakowało paliwa i gazu, więc po zrobieniu zakupów żywności sprawnie zaokrętowaliśmy się i już około godziny jedenastej byliśmy gotowi ruszać w pierwszy etap rejsu. Nieoczekiwanie nasz komandor zdecydował się udostępnić miejsce za sterem chętnym załogantom, więc odejścia od nabrzeża podjął się Piotrek. Ochotnikowi na szczęście udało się nie zdemolować stojących obok jachtów i ruszyliśmy w kierunku pierwszego celu, jakim była marina umiejscowiona w centrum starego Gdańska w pobliżu zabytkowego żurawia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wyruszamy z Górek Zachodnich

 

 

Tego dnia nie wiało zbyt silnie, spomiędzy chmur często wyglądało słońce, więc było całkiem przyjemnie, choć może niezbyt ciepło. Na zatoce pozostała jednak fala po silnych wiatrach z poprzednich dni, więc najbardziej wrażliwi na chorobę morską załoganci na wszelki wypadek unikali schodzenia pod pokład. Po pewnym czasie niezawodny w tym względzie Piotrek wreszcie zdecydował się na oddanie hołdu Neptunowi, ale mimo niekomfortowej sytuacji dzielnie wymruczał przez zaciśnięte zęby: „Kurna, i tak będę pływał po morzu”. Pokołysawszy się na Zatoce dotarliśmy w końcu do ujścia Martwej Wisły, zrzuciliśmy żagle i już na silniku ruszyliśmy w stronę centrum Gdańska.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Paweł salutuje

 

 

Najpierw oddaliśmy salut banderą pomnikowi Bohaterów Westerplatte, płynąc dalej z zaciekawieniem oglądaliśmy Twierdzę Wisłoujście, industrialny krajobraz Portu Gdańsk i Stoczni Remontowej oraz stojące przy nabrzeżach ogromne statki, by w końcu dotrzeć do Motławy. Tu minęliśmy zabytkowe kamienice gdańskiej starówki i charakterystyczny żuraw, a następnie zacumowaliśmy w marinie schowanej za Wyspą Spichrzów. Przystań ta zrobiła na nas dobre wrażenie, szczególnie pozytywnie odebraliśmy młodą i ładną panią bosman, która dość krótko streściła regulamin mariny („nie wolno robić zbyt dużo hałasu i trzeba się słuchać pani bosman”). Nieco gorzej zapamiętamy ochroniarza, który zbeształ naszego załoganta Staszka za jego mistrzowski przeskok nad ogrodzeniem mariny i zalecił używanie dzwonka otwierającego furtkę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Cumujemy przy żurawiu

 

Stopniowo obok nas pojawiły się inne jachty z zaprzyjaźnionymi załogami, m.in. dwie ekipy stalowowolskich „North-Rejsów”. Wieczorem dość niespodziewanie odwiedzili nas Kasia i Andrzej – dwójka kapitanów jachtowych. Dla Kasi żeglowanie jest tradycją rodzinną i mimo młodego wieku posiada duże żeglarskie doświadczenie (zrobiła na nas wrażenie również swoją urodą). Z kolei pochodzący z Niska Andrzej pływa po morzach i oceanach od 30 lat i równie chętnie dzielił się z nami swoimi przeżyciami. Dzięki ich niezwykle sympatycznemu usposobieniu, wieczór upływał w miłej atmosferze, a różnym „morskim opowieściom” nie było końca. Bardzo podbudowali nasze samopoczucie dowodząc, że skoro Zatoka Gdańska jest częścią Bałtyku, a Bałtyk ma połączenie z Atlantykiem, to w pewnym stopniu możemy czuć się żeglarzami oceanicznymi :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kapitanowie i Komandor

 

 

Wkrótce dołączyli do nas także inni goście, m.in. sympatyczna Hasia z Krakowa. Wszystkich chętnych częstowaliśmy wściekle pikantnymi warzywkami z ogromnego pudełka dostarczonego przez Tomka. Furorę robiły zwłaszcza małe czerwone papryczki, które konsumentom odbierały głos a nawet oddech.

Jak to bywa na takich spotkaniach, czas szybko płynął, żeglarskie trunki „wyparowywały” z butelek i w końcu nasi goście postanowili wracać do siebie. My zaś zdecydowaliśmy się jeszcze na nocny spacer po gdańskiej starówce. Zrobiliśmy sobie m.in. obowiązkowe zdjęcie pod posągiem Neptuna z dwoma przypadkowo spotkanymi gdańszczankami, a także porozmawialiśmy z sympatyczną dziewczyną z parasolem, która usilnie zachęcała nas do odwiedzenia pobliskiego klubu go-go. Byliśmy jednak już na tyle zmęczeni tym pełnym wrażeń dniem, że bardziej od oglądania striptizerek marzyły nam się koje na jachcie i mimo obietnicy zniżek za wstęp do klubu, wróciliśmy na „Dar Świecia”. I tej wersji będziemy się trzymać :)

 

 

 

 

 

 

 

 

Jacht Klub Nisko pod Neptunem

 

 

 

 

Piątek 12.10.2012

Rano trochę poleniuchowaliśmy na jachcie, tym bardziej, że wiatr tego poranka również odpoczywał. Ponieważ byliśmy umówieni z Tomkiem na spotkanie w marinie sopockiej, około godz. 11.00 zdecydowaliśmy się wypłynąć. Tym razem za sterem stanął Artur i pewnie poprowadził jacht najpierw Motławą, a później Martwą Wisłą.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Piknik na "Darze Świecia"

 

Po wypłynięciu na zatokę, której powierzchnia przypominała tego dnia jezioro, na „Darze Świecia” zapanowała atmosfera pikniku. Na pokładzie pojawiły się talerze z wędzonymi rybami, piwko i lekko popychani słabym wiatrem powoli zmierzaliśmy w stronę niedawno wybudowanej mariny, umiejscowionej na końcu sopockiego molo. Dotarliśmy tam około godziny czternastej, a wkrótce na molo pojawił się Tomek, który do Gdańska dotarł jak zwykle samolotem :) Szybko wtopił się w naszą załogę przebierając się w sztormiak i byliśmy gotowi do wypłynięcia. Pozostało jeszcze uiścić opłatę za przycumowanie, ale ostatecznie nic nie zapłaciliśmy, co Piotrek załatwił z miłą panią w kapitanacie tylko sobie znanym sposobem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Marina w Sopocie

 

Po chwili Artur zręcznie wyprowadził jacht z mariny i obraliśmy kurs na Hel. Na szczęście zaczęło trochę lepiej wiać i jeszcze przed zmrokiem dotarliśmy do celu, po drodze staczając małą potyczkę z sieciami rybackimi ;)

Popołudnie, wieczór i fragment nocy upłynął nam oczywiście na biesiadzie żeglarskiej. Ponieważ mieliśmy już na pokładzie Tomka, mogliśmy z zainteresowaniem wysłuchiwać barwnych opowieści o niewątpliwie prawdziwych, choć czasem nieprawdopodobnych wydarzeniach z jego życia. Przez nasz jacht przewinęło się wielu gości, m.in. ekipa z jachtu prowadzonego za pomocą rumpla przez naszego klubowego kolegę Waldka, robiącego ostatnio błyskawiczną karierę żeglarską.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wieczorna biesiada na Helu

 

 

Pojawił się też kapitan Bogdan Sobiło, który bardzo nas zaskoczył przyrządzając w naszym kambuzie cały garnek grogu. Wypiliśmy skwapliwie ten tradycyjny żeglarski napój co niewątpliwie podgrzało atmosferę biesiady. Pojawiły się głosy aby przenieść imprezę do helskiego pubu „Kapitan Morgan”, gdzie bawiła się większość załóg z jachtów zacumowanych w porcie. Nasz komandor prawdopodobnie obawiając się niekorzystnego wpływu takiej wyprawy na poranną kondycję załogi zarządził w tym momencie opróżnienie zęzy z wody za pomocą ręcznej pompki. Nie było wyjścia – poszczególni członkowie załogi po kolei przystępowali do tej czynności i ostatecznie „Kapitan Morgan” nie został zaszczycony naszą wizytą, a „Dar Świecia” pozbył się zbędnego wodnego balastu. Natomiast na drugi dzień dowiedzieliśmy się, że na jachcie znajduje się oczywiście również pompka elektryczna :) Czy komandor Staszek o tym wiedział, pozostanie jego tajemnicą...

Zmęczeni walką z pompą, żeglarskimi napojami, pikantnymi warzywami itp. zalegliśmy w końcu w kojach pochrapując z różną częstotliwością i amplitudą.

 

Sobota 13.10.2012

Poranek przywitał nas dość niemiło – było deszczowo i pochmurnie, w dodatku nieźle wiało z południa, więc postanowiliśmy założyć po dwa refy na żaglach. Obawialiśmy się długiego halsowania, więc już koło godziny jedenastej zdecydowaliśmy się wypłynąć. Na szczęście wiatr nieco zmienił kierunek, a że za sterem stanął sam komandor Staszek, któremu wiatry zawsze sprzyjają, do Górek Zachodnich udało się płynąć jednym halsem. Ponieważ duża fala nie zdążyła się jeszcze wytworzyć, płynęło się nam dość spokojnie, co część załogi wykorzystała na rozmowy na słynnej tylnej ławeczce „Daru Świecia”, a część na drzemkę na pokładzie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Powrót do Górek Zachodnich

 

Najciekawszym akcentem tego etapu były obserwowane w pobliżu Górek manewry jachtu „Polska Miedź” z kapitanem Tomaszem Cichockim, który w tym roku zakończył rejs dokoła świata. Jeszcze tylko małe starcie z wypływającą z Wisły Śmiałej barką, która zajęła prawie cały tor wodny (zdecydowaliśmy się jej ustąpić) i przed szesnastą przycumowaliśmy do nabrzeża mariny Jacht Klubu im.Conrada.

Przyszedł czas na spożycie wszelkich zapasów żywnościowych, których jak zwykle przywieźliśmy za dużo. Rozpoczęliśmy więc tą nierówną walkę „jedząc, pijąc i lulki paląc”. Wkrótce pojawił się bosman Roman, który bardzo ucieszył się naszym wczesnym powrotem i szybko rozgościł się w mesie jachtu, aktywnie pomagając w likwidacji naszych zapasów, zwłaszcza tych płynnych. Niespodziewanie gościliśmy też na pokładzie kpt.Bronisława Radlińskiego z Bydgoszczy, który w zeszłym roku na jachcie "Solanus" ze swoją załogą "North Westowe przejście zdobył". Kolejny wieczór upłynął więc w miłej atmosferze, przy różnych morskich i lądowych opowieściach, które jak zwykle pozostaną do wiadomości członków Jacht Klubu Nisko i ich rodzin. No i znajomych.

Niedziela 14.10.2012

Wstaliśmy dość wcześnie, chcąc szybko posprzątać jacht – wszak czekała nas długa droga powrotna. Wkrótce pojawił się na jachcie Roman ze świeżymi flądrami, które obiecał poprzedniego wieczoru. Nie zdążyliśmy ich jednak przyrządzić, więc w zamian spożyliśmy wspólnie ( z wyjątkiem kierowców) ostatnią zachowaną butelkę wstrząsająco mocnej „berbeluchy” przywiezionej przez Pawła. Finał tego „śniadania” był dość zaskakujący, a nawet nieco dramatyczny więc litościwie spuśćmy na niego zasłonę milczenia – na szczęście wszystko dobrze się skończyło i po raz kolejny potwierdziło się, że żeglarze to twardzi ludzie :)

 

 

 

 

 

 

"Dar Świecia"

 

 

 

 

Podsumowując krótko te 3 dni, był to kolejny udany rejs naszego Jacht Klubu - zgrana ekipa, zaskakująco sprzyjająca pogoda, rozpoznanie nowych marin, barwne wieczorne imprezy, ciekawi goście, no i dzielny jacht, który naprawdę polubiliśmy. Szkoda, że następne zakończenie sezonu dopiero za rok.

"Get the Flash Player" "to see this gallery."