„Nie odkryjesz nowych lądów, dopóki nie odważysz się stracić brzegu z oczu.”

Sponsorzy 2018

jawor.jpg
lpg2.jpg
slovrur.jpg

JKN na Facebooku

Pogoda w Nisku

http://www.swiatpogody.pl

JKN na Instagram

Szanty

Jacht Klub Nisko Foto-relacje Rejsy Zat.Gdańska - pażdziernik 2011

Rejs po Zatoce Gdańskiej 06.10-09.10.2011

Środa 06.10.2011

Na tradycyjne zakończenie sezonu na Zatoce Gdańskiej wybrała się 7-osobowa ekipa z naszego Jacht Klubu: Staszek (kapitan), Rysiek (I oficer), Artur (II oficer), Janek (III oficer) oraz Leszek, Łukasz i Piotrek.  Wyruszyliśmy z Niska dwoma samochodami późnym wieczorem. Droga mijała bez przygód, jedynie w Warszawie spod hotelu Mariott zgarnęliśmy Łukasza, przerywając mu obserwacje nocnego życia stolicy. Nad ranem wstąpiliśmy do przydrożnego baru na śniadanie, w którym spowodowaliśmy awarię kasy fiskalnej i ogólny popłoch personelu złośliwie zamawiając jajecznice z nieparzystej ilości jajek (w menu przewidziano „parzyste” jajecznice). W końcu szczęśliwie dotarliśmy do Górek Zachodnich.

Czwartek 07.10.2011

Wyczarterowany przez nas „Dar Świecia” (stalowy jacht typu szkuner klasy „Futuro” o długości prawie 11 m , z powierzchnią ożaglowania 72 m2) stał na terenie Jacht Klubu im.Conrada. Staszek odszukał urzędującego tu bosmana Yacht Klubu Morskiego "Columbus" ze Świecia imieniem Roman, który miał nam wydać jacht. Roman wyglądał na człowieka mocno doświadczonego przez żeglarski żywot (również w portowych tawernach) i ze stosownym do wyglądu zaangażowaniem przystąpił do procedury przekazania nam "Daru Świecia".

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bosman Roman przekazuje nam jacht

 

Najpierw więc posiedział na rufowej ławeczce lakonicznie odpowiadając na dociekliwe pytania naszego kapitana, a potem obaj ze Staszkiem zeszli pod pokład  w celu sprawdzenia wyposażenia. Po kilkunastu minutach Staszek wynurzył się z nieco kwaśną miną i zasugerował niezbyt idealne przygotowanie jednostki do wypłynięcia. O ile typowy dla jednostek bałtyckich, surowy wygląd wnętrza jachtu przyjęliśmy z właściwą wilkom morskim pobłażliwością, o tyle brak paliwa w zbiorniku i gazu w butli trochę nas zaskoczył.  Roman przyjął nasze pretensje z filozoficznym spokojem i poinformował o wolontariackim charakterze swojej pracy w Yacht Klubie. Popatrzyliśmy więc z niekłamanym podziwem na tego społecznika i w dowód uznania poczęstowaliśmy go miodowym piwem z browaru lubelskiego. Sami zabraliśmy się do działania – jedni po przeniesieniu bagaży i prowiantu refowali żagle (zapowiadane były silne wiatry) itp.,  inni pojechali zakupić olej napędowy i butlę z gazem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Refujemy żagle

 

W końcu wszystko było gotowe, zjedliśmy przywiezione flaki, pożegnaliśmy Romana i odbiliśmy od nabrzeża. Humory od razu się poprawiły. Wprawdzie prognozy straszyły sztormem, ale liczyliśmy, ze uda nam się dopłynąć do Helu bez przygód. Po drodze spotkaliśmy „Chirona” ze znajomym kapitanem Jarkiem , który również podążał do tego portu.

Płynąc baksztagiem dość szybko zostawialiśmy za sobą kolejne mile. Ponieważ rozkołys się zwiększył (wiało do 7 st.B), na polecenie kapitana założyliśmy szelki i przy manewrach przypinaliśmy się do lajfliny lub np.do want. Najlepiej wybrnął z tego Łukasz, który przypinał się do wielkiego kulistego odbijacza, wychodząc ze słusznego założenia, że jak już wypadnie z tym odbijaczem, to i wyporność będzie lepsza i prawdopodobieństwo dostrzeżenia przez ratowników się zwiększy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wesoła obsada tylnej ławeczki

 

Zapowiadany sztorm na szczęście nie nadchodził, więc dość spokojnie zaczęliśmy przygotowania do podejścia do nabrzeża.  Zrzuciliśmy żagle, przygotowaliśmy cumy  i na silniku zbliżaliśmy się do portu. Nagle silnik zaczął się dławić, w końcu zgasł i już ponownie nie odpalił. Przy silnym wietrze i dość mocnym rozkołysie, wejście do portu na żaglach oznaczało dla nas przeżycie prawdziwej żeglarskiej przygody. Bardzo się z tego ucieszyliśmy, a zwłaszcza stojący za sterem Staszek, co potwierdził kilkoma męskimi słowami i łykiem Pepsi Coli.  Mimo, że wywołany przez radio helski kapitanat nie bardzo chciał zgodzić się na nasz plan, przymuszeni sytuacją podjęliśmy to wyzwanie. Weszliśmy więc do portu na żaglach, w końcowej fazie manewru podholował nas trochę "Chiron", a potem rzuciliśmy cumy zgromadzonym na nabrzeżu żeglarzom z innych jachtów. Po ostrej walce z odpychającym wiatrem dociągnęli oni naszą 17-tonową łajbę do nabrzeża.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pełne emocji podejście do helskiego nabrzeża

 

Dramatyczne przeżycia wyzwoliły w nas taki przypływ adrenaliny, że nasze rozdygotane członki uspokoił dopiero solidny łyk czegoś mocniejszego (czyli toniku Artura). Poczęstowaliśmy tym specjałem również odwiedzających nas żeglarzy z innych jachtów, w tym dwie sympatyczne dziewczyny z cumującej obok „Legii”. Jedna z nich zadziwiła nas specyficzną wymową litery „r”, niebezpiecznie zmieniającą znaczenie np. słowa  „rebus”.  Potem skonsumowaliśmy ze smakiem jak zwykle nie prozaiczny obiad – czyli karkówkę przyrządzoną przez Janka i można było planować ciąg dalszy wieczoru.

Jak wiadomo, współcześni żeglarze są ekspertami w zakresie budowy i naprawy silników wysokoprężnych, a już na pewno nasz kapitan Staszek, więc naprawa dieselka wydawała się kwestią kilku chwil. Konsultacja telefoniczna z Romanem pomogła w zdiagnozowaniu przyczyny awarii – czyli zanieczyszczenia przewodu paliwowego. Wg słów Romana, poprzednia załoga „Daru Świecia” wlała do zbiornika jakieś „gluty”, które przytkały ssak w zbiorniku. Próba udrożnienia przewodów przeprowadzona przez Staszka zakończyła się na szczęście powodzeniem (silnik odpalił)- nadal istniały jednak obawy przed powtórzeniem się sytuacji.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Akcja udrożniania przewodów paliwowych

 

Spożywany w międzyczasie tonik i inne napoje żeglarskie utrudniały choćby teoretyczne rozwiązanie problemu, więc odłożyliśmy ten temat na jutro. Nieprzespana noc i usypiające kołysanie jachtu skłoniły część z nas do zalegnięcia w kojach, większość jednak ruszyła do helskiego pubu „Kapitan Morgan”. Tam, do późnej nocy, w towarzystwie innych żeglarzy, odkrywano egzotyczny smak lokalnych wynalazków typu rum z piwem.

Piątek 07.10.2011

Noc minęła w miarę spokojnie, pomijając alarmy uruchamiające się wczesnym rankiem w poszczególnych telefonach komórkowych. Poranna toaleta w portowej „cebulce” przywróciła nas do życia, choć niektórzy śniadanie woleli zjeść na pokładzie – duch „Kapitana Morgana” dawał znać o sobie. Jak zwykle, obrzuciliśmy Staszka pytaniami o plany na kolejny dzień, co od razu wprowadziło go w dobry nastrój. Wkrótce powrócił temat szwankującego silnika. Ponowne konsultacje telefoniczne z Romanem skłoniły go do decyzji o przybyciu na Hel i pomocy w rozwiązaniu problemu, za co należą mu się duże słowa uznania. Objazd Zatoki Gdańskiej samochodem trwa parę chwil, więc wykorzystaliśmy ten czas na zwiedzanie Helu. Sprawdziliśmy czy latarnia stoi pionowo, zwiedziliśmy sklepiki z pamiątkami, Leszek i Łukasz przez ogrodzenie fokarium oglądnęli foki i po wypełnieniu tych turystycznych procedur zasiedliśmy w barze „Ambra”. Właścicielka zaoferowała nam całkiem smacznego dorsza oraz lokalne pszeniczne piwo „Viva Hel”, smaczne inaczej. Oczywiście Leszkowi było mało i u miejscowych rybaków zakupił reklamówkę fląder, które potem oprawił na nabrzeżu, wzbudzając aplauz wśród helskiego ptactwa wodnego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Łukasz, Leszek i flądry

 

Koło południa na jachcie pojawił się Roman i z fachową miną pooglądał silnik ze wszystkich stron. Trochę pomruczał, skrytykował poprzednią załogę i w końcu orzekł z miną znawcy, że „gluty” z dna zbiornika na skutek bełtania na fali utworzyły już z paliwem mieszaninę jednorodną i teraz będzie dobrze. Świecąca się ciągle kontrolka sygnalizująca jakąś awarię sprzęgła również nie wzbudziła podejrzeń Romana. Pełni wątpliwości, podjęliśmy nie całkiem jednogłośną decyzję o wypłynięciu do Gdyni.

Tym razem płynęliśmy kursem ostrym, w sporym przechyle, zmieniając hals wiele razy, więc z kambuza słychać było brzęk przesuwających się garnków i sztućców. Przez chwilę nawet podejrzewaliśmy przebywającego pod pokładem Ryśka o próbę  przyrządzania fląder  a la bajdewind.  Okazało się, że jedynie ratował wypadającą z szafek zastawę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przechyły i przechyły

 

Zerkając do tyłu zobaczyliśmy jeszcze kłęby dymu unoszącego się znad Helu. Wprawdzie nie poczuwaliśmy się do winy, ale z niepokojem patrzyliśmy czy nie zbliża się do nas jakaś kawalkada kutrów pościgowych.    Zmierzchało już, gdy  przemykając między kilkunastoma „Optimistami” sprawnie sterowanymi przez miejscową dzieciarnię wchodziliśmy do portu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zatoka pełna "Optimistów"

 

Silnik po uruchomieniu pracował całkiem dobrze, więc podejście do nabrzeża wypadło perfekcyjnie. Wreszcie mogliśmy coś zjeść - najpierw na podwieczorek przyrządzone przez Leszka flądry, a potem na obiadokolację przywiezioną przez niego z domu smakowitą dziczyznę.  Podczas wieczornej biesiady czas mijał szybko i w miłej atmosferze. Gdy już dostatecznie uzupełniliśmy poziom płynów w wysuszonych wiatrem organizmach, nasza młodzież (czyli Leszek i Łukasz) zaproponowała nocną eskapadę do dzielnicy bardziej rozrywkowej niż port jachtowy. Zgodziliśmy się ochoczo, licząc na spełnienie się popularnej wśród żeglarzy legendy o posiadaniu dziewczyny w każdym porcie. Nasze zarośnięte gęby, zwichrzone wiatrem włosy oraz rozsiewany zapach morskiej soli i marynarskiej koji  pozwalały mieć nadzieję na łatwą zdobycz w postaci pięknych dziewczyn marzących o prawdziwych wilkach morskich. W pobliżu portu znaleźliśmy miejsce z kilkoma pubami, w których nasz image miał zadziałać na kobiece instynkty. Niestety, szybko okazało się, że panowały tam zupełnie nie żeglarskie klimaty. Wzięcie u niewiast mieli głównie młodzieńcy o gejowskim wyglądzie, z wyżelowanymi włosami, pachnący Axe i podjeżdżający lśniącymi autkami z nadwoziem coupe. Zupełnie ignorowani przez płeć piękną smętnie zasiedliśmy w jednym z tych lokali i w akcie desperacji zamówiliśmy zimne piwo oraz galaretkę owocową z bitą śmietaną.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przegrana walka z piwem i bitą śmietaną

 

Nastrój zrobił się kiepski, rozmowa się nie kleiła, niektórzy przysnęli nad piwem, inni walczyli z galaretką i bitą śmietaną lub z zazdrością zerkali na pary obściskujące się w zakamarkach pubu. W końcu zostawiliśmy niedopite piwo i z ulgą wróciliśmy na „Dar Świecia”. Po chwili z każdego zakamarka jachtu rozległo się chrapanie o różnej częstotliwości i amplitudzie.

Sobota 08.10.2011

Sobota rozpoczęła się bardzo pozytywnym akcentem- jajecznicą na boczku, z cebulką i kiełbasą , która szybko postawiła nas na nogi.  W marinie odbywała się impreza promocyjna dla płetwonurków, połączona z czyszczeniem dna portu , więc wokół przechadzało się sporo osobników ubranych w czarne kombinezony, zgiętych pod ciężarem butli i pasów balastowych. My przeczesaliśmy kilka sklepów żeglarskich, uzupełniając swoje wyposażenie  m.in. o stylowe worki. Znalazł się też czas na zwiedzenie „Daru Pomorza”, który wywarł na nas, jako fachowcach w dziedzinie żeglarstwa, ogromne wrażenie. Każdemu chyba przemknęło przez głowę marzenie o podejściu tą ogromną fregatą do nabrzeża na żaglach. Oczywiście, albo z fregaty, albo z nabrzeża niewiele by pewnie zostało, mimo perfekcyjnego opanowania przez nas tego manewru podczas szkoleń na „Omegach” na zalewie w Wilczej Woli.

W końcu przyszedł czas opuścić gdyński port. Słoneczna pogoda zaczęła się psuć, pojawiły się chmury i od nabrzeża odchodziliśmy w dość silnym deszczu. Wynagrodzone nam to zostało widokiem przepięknej tęczy, która długo zachwycała nas mieniąc się wszystkimi barwami nad wodami zatoki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tęcza nad zatoką

Płynąc wzdłuż wybrzeża w stronę Gdańska, z zaciekawieniem oglądaliśmy duże kontenerowce i holowniki manewrujące w torze podejściowym portu.  W pewnej chwili wyprzedził nas słynny jacht „Operon Racing” Zbigniewa „Gutka „ Gutkowskiego, na którym płynął on w tegorocznych okołoziemskich regatach samotników „Velux 5 Oceans”. Po kilku godzinach ukazało nam się ujście Wisły Śmiałej i po chwili przybiliśmy do nabrzeża Jacht Klubu im.Conrada.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Holownik i kontenerowiec

 

To był już koniec rejsu, ale na „Darze Świecia” mieliśmy spędzić jeszcze ostatnią noc. Rozpoczęliśmy więc przygotowania do opuszczenia jachtu, co polegało m.in. na opróżnieniu wszystkich słoików z jedzeniem i butelek z napojami. Zarówno pełnych słoików jak i butelek znalazło się zaskakująco dużo, więc impreza pożegnalna szybko nabrała rumieńców. Humory dopisywały, tylko dwóch jutrzejszych kierowców Artur i Leszek (którzy zachowali trzeźwe umysły) z coraz większym niepokojem obserwowało rozwój sytuacji. Głośne rozmowy i śmiechy zwabiły Romana, który powitał nas (a może swój jacht) z autentyczną radością. Okazało się, że to nie silnik był słabym punktem „Daru Świecia”, ale raczej żagle. Bosman był trochę zdziwiony, że nie podarły nam się przy tych wiatrach. Wdzięczni, że Roman oszczędził nam stresu , informując nas o ich kiepskiej kondycji  dopiero po powrocie, zaprosiliśmy go do wspólnej biesiady. Odbyliśmy nawet wspólny obchód mariny, wymieniając fachowe uwagi na temat cumujących jachtów. Roman trochę się tym spacerkiem stresował, machając uspokajająco w stronę kamer firmy ochroniarskiej i przypominając nam profilaktycznie o zwyczaju nie wchodzenia na cudze jachty. Wieczór upłynął miło, więc rozstaliśmy się przed snem w dobrej komitywie. Oczywiście sen dotyczył tylko Romana, bo my po powrocie na jacht w czeluściach naszych bagaży znaleźliśmy kolejne pełne butelki , dzięki którym impreza „złapała drugi oddech”.  Przebiegała teraz dwutorowo – na płaszczyźnie politycznej (gdy mimo ciszy wyborczej zgodnie krytykowano polskie elity rządzące)  i na płaszczyźnie żeglarskiej (gdy trochę nierówny męski chór wyśpiewywał z zaangażowaniem przewrotny refren szanty „Już nie wrócę na morze”).  Główną atrakcją nocnej biesiady okazał się solowy wokalny występ Staszka, czego jednak nie da się opisać- to po prostu trzeba zobaczyć i usłyszeć.  Nie można też nie wspomnieć o ataku mocnej czkawki, która dopadła pierwszego oficera i stanowiła ciekawy przerywnik naszych rozmów.

Alkohol, choć pity (jak zawsze) z umiarem,  nieco rozwiązywał języki i nie brakowało szczerych wynurzeń na różne tematy. Ustaliliśmy więc odpowiedzialnie, że te sekrety nie rozejdą się poza niżański Jacht Klub. Ewentualnie rodziny klubowiczów. No i znajomych.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Powoli rodzi się plan rejsu do Szwecji

Mniej więcej w okolicach trzeciej nad ranem na placu boju zostali tylko Staszek, Janek i Piotrek. W efekcie rzeczowych dyskusji ustalono wtedy, że najbliższe bardziej przyjazne dla obywateli państwo to Szwecja. Podjęto szybką decyzję o przepłynięciu do tego kraju. Miał być to też sprawdzian czujności śpiącej załogi. Po odpaleniu dieselka i kilkukrotnym napięciu cum i szpringów,  załoga przebudziła się i zainteresowała przeprowadzanymi manewrami – test wypadł więc pozytywnie. Być może nocny rejs do Szwecji doszedłby do skutku, gdyby nie dno, które ukazało się w ostatniej butelce. A jak wiadomo, dobry żeglarz bez prowiantu w morze nie wypływa. W tej sytuacji pozostało nam tylko pójść spać.

Niedziela 09.10.2011

Zaplanowana na godzinę siódmą pobudka nieco się przesunęła, ale już po dziewiątej wszyscy byliśmy na nogach, a jajecznica i prysznic szybko przywróciły nas do życia. Jeszcze przepakowanie bagaży do samochodów, klar na jachcie, serdeczne pożegnanie z Romanem i koło południa ruszyliśmy w drogę powrotną.  Rejs na zakończenie sezonu 2011 przeszedł do historii.

(relację spisał Piotrek B.)

"Get the Flash Player" "to see this gallery."